Znasz takich ludzi. Zadbani, uprzejmi, zawsze pachnący. W garniturze albo w idealnie dopasowanej sukience. Czyste włosy, błyszczące zęby, twarz jak z reklamy pasty. A jednak coś w nich drży… coś kruchego, niewidzialnego, jakby ciało samo już miało dość tych pozorów. Bo to, że ktoś wygląda dobrze, nie znaczy, że czuje się dobrze. To, że ktoś pachnie drogo, nie znaczy, że nie gnije w środku. Psychologia mówi nam o dysonansie, o napięciu między tym, co pokazujemy, a tym, co naprawdę czujemy. Biblia mówi o świątyni Ducha (1 Kor 6:19), a więc o czymś więcej niż tylko o mięśniach i skórze. To przestrzeń zamieszkania Boga, czyli tego, co żywe, oddychające, tajemniczo świadome. A jednak współczesny człowiek traktuje swoje ciało jak służącego: „Masz dobrze wyglądać. Masz się trzymać. Masz funkcjonować.” Nie ma znaczenia, że nie śpisz ile trzeba. Że zjadasz pierwszy posiłek o siedemnastej. Że twój żołądek od lat prosi o miłosierdzie, a twoje serce o zwolnienie tempa. Ciało staje się czymś, co trzeba utrzymać w ruchu, a nie czymś, czego trzeba słuchać. Tak jakbyśmy wzięli żywy instrument i kazali mu grać ale tak cicho, żeby nikt nie słyszał. Z punktu widzenia psychologii to nie lenistwo, tylko - wyparta potrzeba opieki nad sobą. W dzieciństwie często uczymy się, że odpoczynek to słabość, że miłość własna to egoizm, a troska o siebie to coś gorszego niż poświęcenie dla innych. I tak dorastamy w świecie, gdzie ciało musi na siebie zapracować: na uwagę, na uznanie, na prawo do istnienia. A więc: - Uśmiechaj się, choć nie masz siły. - Idź do pracy, choć boli cię dusza. - Nie marudź, inni mają gorzej. To właśnie wtedy zaczynamy zabijać ciało. Powoli. Z grzecznością. Z dobrymi perfumami. W Ewangeliach ciało nie jest wrogiem ducha. Jezus je, śpi, odpoczywa, poci się, płacze, pozwala się dotknąć. Jego ciało jest częścią zbawienia, a nie przeszkodą w drodze do niego. Wskrzeszenie to nie ucieczka od ciała, tylko jego przemiana. To paradoksalnie najważniejsza lekcja duchowa: - Nie można kochać Boga, jeśli nie umiemy okazać czułości własnemu ciału. Bo ciało jest pierwszym miejscem miłości i nie chodzi tylko o seks. *** Człowiek potrafi pielęgnować maskę, ale boi się dotknąć siebie naprawdę tam, gdzie boli, gdzie ciało mówi „dosyć”. Bo prawdziwa troska o ciało to nie jest fitness, to zaufanie. Zaufanie, że sen jest potrzebą, nie luksusem. Że jedzenie to modlitwa, nie wstyd. Że odpoczynek to część pracy, nie jej zaprzeczenie. A psycholog dodałby: kto nie umie o siebie zadbać, ten kiedyś kogoś o to poprosi. Nie słowami, ale chorobą, która przypnie cię do łóżka. *** Biblia kończy się nowym ciałem, nowym niebem i nową ziemią. To nie metafora ucieczki, lecz obietnica uzdrowienia. Bo ciało nie jest wrogiem a jest opakowaniem duszy. I woła do nas codziennie, nie słowami, lecz zmęczeniem, bólem, głodem, łzami. - Nie chcę tylko wyglądać dobrze” - mówi, - chcę czuć, że żyję nez zbytecznych dolegliwości. Może właśnie w tym tkwi sens duchowego dojrzewania: - zrozumieć, że ciało i dusza nie są dwiema istotami, tylko jednym istnieniem. Kochasz Boga, jeśli nie lubisz swojego ciała? Wierzysz w zmartwychwstanie, jeśli sam sobie nie pozwalasz odpocząć? Więc jeśli dziś jesteś zmęczony, zatrzymaj się. Zrób coś głęboko duchowego: - połóż się spać przed północą. I śnij o jedności. Bądź dla siebie dobry.
Znasz takich ludzi.
Znasz takich ludzi. Zadbani, uprzejmi, zawsze pachnący. W garniturze albo w idealnie dopasowanej sukience. Czyste włosy, błyszczące zęby, twarz jak z reklamy pasty. A jednak coś w nich drży… coś kruchego,…

Komentarze
Nie ma jeszcze opublikowanych komentarzy.
Chcesz dołączyć do rozmowy? Zaloguj się lub załóż konto.