Zemsta smakuje. Ale nie leczy. Tak powiedział ksiądz. Albo terapeuta. Albo może to był ten gość z przystanku, który mówił do psa. W każdym razie - to prawda. Bo kiedy myślisz o zemście, myślisz o czymś epickim. Jak o horrorze albo krwawym filmie akcji. Jakbyś miał palec na pilocie do życia i mógł nacisnąć „rewind” - odtworzyć ból, który ci zadano, tylko tym razem z tobą w roli reżysera. Ty decydujesz, jak długo potrwa ich krzyk. Ty trzymasz nóż, nie nóż metaforyczny, tylko ten ostry, którym kroisz pomidory z takim spokojem, że aż budzi to niepokój u współlokatora. I jest satysfakcja. Mała. Zamknięta. Nietrwała. Bo kiedy już nakarmisz w sobie tego małego gniewnego psa, który siedzi pod stołem i mówi: „Zobacz, jak cię zlekceważyli. Nie pozwól im. Zrób coś!” to pies chwilowo milknie. Ale nie znika. Zaczynasz słyszeć coś innego. Nieco głębszego. Bardziej przypominającego głos twojej matki, albo tej nauczycielki z podstawówki, która cię nigdy nie zawiodła, albo twojego własnego cienia, który siedzi obok i szepcze: „To nie pomoże. Nadal będziesz sobą. Nadal będziesz tym, który nie został wybrany.” Bo o to właśnie chodzi, prawda? Nie chodzi o zemstę. Chodzi o to, że chciałeś być ważny. Chciałeś być kochany. Chciałeś być wybrany jako pierwszy. A zostałeś pominięty, odstawiony, zignorowany - jak niepotrzebny rekwizyt na planie filmu o czyimś życiu. I teraz nosisz w sobie tę niechlujną, emocjonalną ranę, która z zewnątrz wygląda jak gniew, ale w środku to po prostu niewysłuchane „kochaj mnie”. W psychologii nazwaliby to zinternalizowaną krzywdą. W literaturze - tragicznym błędem bohatera. W socjologii - mechanizmem przetrwania. A w Biblii? W Biblii Bóg mówi: „Pomsta do mnie należy, Ja odpłacę” (Rz 12,19) co brzmi jak groźba, dopóki nie zrozumiesz, że to akt miłosierdzia. Bóg mówi: „Zostaw to. To cię zniszczy. Ja się tym zajmę. Ty żyj dalej.” *** A więc… co jeśli największą zemstą byłoby nie zniszczenie tego, kto cię zranił, ale ocalenie siebie? A jeśli rezygnując z rewanżu, nie jesteś tchórzem, tylko bohaterem, ale inaczej? Takim, który nie potrzebuje oklasków, bo wreszcie przestał grać. Takim, który nie musi nikomu niczego udowadniać. Bo po prostu wraca do siebie. Nie w glorii, nie z fanfarami. Tylko z kubkiem herbaty. I spokojnym „już wystarczy”. *** Zemsta nie leczy. Ale przebaczenie - tak. Nie dlatego, że jesteś lepszy. Tylko dlatego, że jesteś zmęczony byciem ofiarą. Zmęczony noszeniem cudzego grzechu jak swojej tożsamości. Zmęczony budzeniem się każdego ranka z pytaniem: „Co on/ona dziś straci, skoro mnie skrzywdził?” I oto, nagle - pewnego dnia - nie potrzebujesz już ich porażki, żeby czuć się wartościowym. Potrzebujesz tylko siebie. Z całą tą dziwaczną, pokrzywioną duszą. Z nadzieją, że jutro będzie lżejsze. I z siłą, która nie musi już się popisywać. *** Więc zamiast zemsty - wybierz wolność. Nie dlatego, że jesteś święty. Tylko dlatego, że wiesz, jak boli trwanie w złamaniu. I postanawiasz nie rozdawać tego bólu dalej. To nie będzie wielki gest. Nie pójdziesz do telewizji. Nikt nie zbuduje z tego scenariusza. Ale może któregoś dnia, kiedy znów będziesz kroił pomidory… - pies pod stołem już nie będzie szczekał. Tylko spokojnie zaśnie. Wreszcie. Obok ciebie.
Zemsta smakuje.
Zemsta smakuje. Ale nie leczy. Tak powiedział ksiądz. Albo terapeuta. Albo może to był ten gość z przystanku, który mówił do psa. W każdym razie - to prawda. Bo kiedy myślisz o zemście, myślisz o czymś epickim. Jak o…

Komentarze
Nie ma jeszcze opublikowanych komentarzy.
Chcesz dołączyć do rozmowy? Zaloguj się lub załóż konto.