Zdarzyło mi się usłyszeć: „Nie jestem szczęśliwa. Nie dajesz mi szczęścia.” To było jak zarzut i jak modlitwa jednocześnie. Jakby ktoś mówił do mnie głosem całego swojego dzieciństwa, głosem wszystkich niewysłuchanych próśb, że świat miał być inny. Że ja miałem być inny. A tymczasem… nie jestem. - Świat nie jest. I szczęścia nie ma. I długo się z tym biłem, szczerze mówiąc. Bo jeśli kogoś kochasz, to chcesz dać mu wszystko. Nawet to, czego nie masz. Chcesz wyjąć z siebie jakiś błysk, kawałek ciepła, garść sensu i położyć mu na dłoni: masz, to twoje. Ale nie możesz. Nie da się. Szczęście nie jest rzeczą. Szczęście nie jest prezentem. Szczęście nie jest tym, co się komuś daje. A jednak - czymś jest. Więc czym? Długo sądziłem, że szczęście to coś, co się osiąga. Jak szczyt, na który trzeba się wdrapać. Albo pokój, który trzeba sobie urządzić. Wyposażyć. Ocieplić. Ale im bardziej próbowałem je osiągać, tym bardziej znikało. Było jak cień - biegłem w jego stronę i tylko się oddalał. Aż w końcu usiadłem. Po prostu usiadłem, zmęczony. I wtedy przyszło. Bez fajerwerków. Bez efektów specjalnych. Nie było świetlistej eksplozji. Ono przyszło jak oddech. Jak cichy szept, który mówi: „Zauważ mnie, nie potrzebuję wiele”. Było jak słoń na zdjęciu: ogromny, ale łagodn (jeśli nie nadepniesz mu na trąbę 😇). I powolne. Tak powolne, że jeśli się spieszysz, możesz je minąć i nie zauważyć. Zacząłem wtedy czytać inaczej. Camus, który mówi, że trzeba wyobrazić sobie Syzyfa szczęśliwym, nagle przestał być absurdem. Może szczęście to właśnie zgoda na własny kamień. Na swoje tempo. Na swój niedoskonały rytm. I zrozumiałem, że szczęście to nie momenty, w których wszystko się układa. To momenty, w których coś się układa we mnie. Mimo tego, co na zewnątrz. Kiedy ktoś powie: „Jestem tu z tobą, choćbyś teraz nic nie czuł.” Kiedy patrzę na wnuczkę jedzącą zupę i nagle łapie mnie to za serce, bo wiem, że ten widok nie wróci. Kiedy nie uciekam od samotności, tylko pozwalam jej usiąść obok. Szczęście to nie to samo co radość. Radość to błysk. Szczęście to tło. To coś, co zostaje, gdy już przestanę się spieszyć. Coś, co rośnie w ziemi, a nie na bilbordzie. Coś, co zna moją historię i nie próbuje jej poprawiać. Ale co z tymi, którzy nie potrafią go poczuć? Co z tymi, którzy są jak zagipsowani od środka? Może to nie przekleństwo. Może to głód. A głód nie jest zły. Głód to znak, że jeszcze jesteśmy żywi. Że jeszcze tęsknimy. Że coś w nas wciąż woła. Może Bóg nie przeklina nas brakiem szczęścia, tylko otwiera w nas miejsce, które dopiero ma się napełnić. Biblia mówi, że szczęśliwi są ci, którzy płaczą, bo będą pocieszeni. Nie ci, którzy mają wszystko. Nie ci, którzy są zadowoleni z siebie. Ci, którzy mają dziurę. Bo tylko tam może wejść światło. To się zgadza z psychologią - najgłębsze więzi nie rodzą się w euforii, tylko w momentach, w których ktoś był i nie odszedł, choć mógł. Socjologia podpowiada, że szczęście to relacje, ale ja myślę, że to coś więcej. To relacja, w której nie muszę niczego udowadniać. W której mogę być zmęczony i nieposkładany. W której ktoś nie mówi: „zrób coś ze sobą”, tylko: „posiedźmy razem, dopóki nie poczujesz, że warto wstać”. Niektórzy rodzą się z lekkością. Śmieją się, zanim wypiją kawę. Są jak skowronki. Ale są i ci, którzy są jak słoń - idą powoli, pamiętają wszystko, czasem nie mieszczą się w cudzych drzwiach. Ale kiedy już dojdą, zostają na zawsze. Może więc szczęście nie przychodzi wtedy, gdy wszystko staje się proste. Może przychodzi wtedy, gdy przestajemy od siebie uciekać. Gdy zgadzamy się na to, co w nas niedoskonałe. Gdy nie udajemy przed Bogiem i ludźmi, że jesteśmy gotowi, ale mówimy: „jestem pusty, ale chcę cię poczuć”. I wtedy On przychodzi. Jak w Betlejem. Nie z błyskiem, tylko z ciałem. Nie z gromem, tylko z ciepłem. Nie na pokaz, tylko na zawsze. Może więc szczęście nie jest tym, co mamy. Może to Ten, kto z nami jest. I kto będzie zawsze.