Zawsze wyobrażałem sobie pustynię jako coś, co wymaga specjalnego stroju. Sandały, dramatyczny wiatr, ewentualnie wielbłąd o spojrzeniu rozczarowanego księgowego. Biblia jednak ma mniej cierpliwości do naszych wyobrażeń. Izrael wychodzi z Egiptu w spektakularnym stylu. Morze się rozstępuje, prześladowca tonie, wszyscy śpiewają. Brzmi jak finał sezonu. A potem zaczyna się marsz przez teren, który nie oferuje ani atrakcji turystycznych, ani smacznego cateringu. I wtedy, w Księdze Wyjścia 16, pojawia się zdanie, które jest bardziej ludzkie niż heroiczne: „Obyśmy pomarli w Egipcie, gdzie siedzieliśmy przy garnkach mięsa”. Nagle niewola zaczyna smakować jak bufet all inclusive. Pustynia ma tę właściwość, że poprawia pamięć. Wybiela przeszłość. Kajdany przestają uwierać, bo głód teraźniejszości jest bardziej dotkliwy. Człowiek zaczyna tęsknić za tym, co go niszczyło, byle nie musiał uczyć się wolności. I tu robi się niezręcznie, bo pustynia wcale nie musi być między Egiptem a Kanaaneem. Może być między kanapą a stołem w jadalni. W miejscu, gdzie wszystko jest na swoim miejscu, oprócz serca. W Powtórzonym Prawie 8,2 Mojżesz mówi, że Bóg prowadził lud przez pustynię, „aby poznać, co jest w twoim sercu”. Brzmi groźnie, ale to jest bardziej badanie diagnostyczne niż wyrok. Pustynia nie wprowadza nowego problemu. Ona ujawnia stary. Jezus też trafia na pustynię zaraz po chrzcie. Słyszy: „Tyś jest mój Syn umiłowany”, a chwilę później słyszy: „Jeśli jesteś Synem Bożym…”. To subtelna zmiana. Nie chodzi o kamienie ani o chleb tylko o to, czy będziesz definiował siebie głosem Ojca, czy propozycją szybkiego zysku. Dom jest pierwszą pustynią, bo tam najłatwiej podmienić głos. Tam nikt nie klaszcze, gdy jesteś cierpliwy, nie robi notatek, gdy milczysz zamiast ranić. Nikt nie daje medalu za to, że nie uciekłeś w telefon, gdy rozmowa zrobiła się trudna. Izrael potrzebował czterdziestu lat, żeby zrozumieć, że problemem nie był brak wody, lecz brak zaufania: Egipt został fizycznie za nimi w jedną noc. Mentalnie podróżował z nimi długo. To jest ta część historii, którą czyta się mniej entuzjastycznie. Pustynia zaczyna się więc tam, gdzie kończy się wygodna narracja o sobie. W kuchni, w pracy, w parafii. W miejscu, które znamy tak dobrze, że przestaliśmy je widzieć. I może właśnie dlatego Bóg tam prowadzi. Nie po to, by coś odebrać, ale by przemówić „do serca”, jak mówi Ozeasz. Bez scenografii i efektów specjalnych. Zaskakująco zwyczajnie. Człowiek czeka na wielką próbę. Tymczasem próba siedzi codziennie naprzeciwko przy stole i pyta, czy naprawdę chcesz być wolny, czy tylko wygodnie czekać?
Zawsze wyobrażałem sobie pustynię jako coś, co…
Zawsze wyobrażałem sobie pustynię jako coś, co wymaga specjalnego stroju. Sandały, dramatyczny wiatr, ewentualnie wielbłąd o spojrzeniu rozczarowanego księgowego. Biblia jednak ma mniej cierpliwości do naszych…

Komentarze
Nie ma jeszcze opublikowanych komentarzy.
Chcesz dołączyć do rozmowy? Zaloguj się lub załóż konto.