Zawsze mnie fascynowało, że człowiek, istota zdolna do rozszczepiania atomu, tworzenia aplikacji do gadania przez telefon ze swoim ekspresem do kawy albo pralką i komplikowania relacji w sposób, który zawstydziłby dramaty antyczne, staje bezradny wobec jednego pytania: - na jakiej podstawie właściwie jest „w porządku” przed Bogiem? Bo intuicyjnie wszyscy czujemy, że jakiś rachunek istnieje. Że gdzieś, w jakiejś metafizycznej księgowości, zapisują się nasze wybory, półprawdy, przemilczenia i te momenty, w których byliśmy dokładnie tacy, jacy obiecywaliśmy sobie nigdy nie być. I wtedy pojawia się pokusa, żeby to ogarnąć po ludzku: - poprawić się, spiąć, być trochę lepszym jutro niż dziś, a najlepiej tak dobrym, żeby w końcu móc odetchnąć i powiedzieć: „teraz już się nadaję”. Problem polega na tym, że ten fragment, który przywołujesz, rozbija ten system w sposób dość bezczelny. On mówi, że kryterium jest jedno: - zaufanie. Nie rozłożone proporcjonalnie między Boga a własne zasługi, ostrożne, asekuracyjne, ale takie, które brzmi jak decyzja człowieka stojącego na krawędzi i wiedzącego, że albo zaufa, albo spadnie. To nie jest wiara jako pogląd ale wiara jako przeniesienie ciężaru życia. I tu robi się niewygodnie, bo nagle okazuje się, że całe to budowanie siebie, jako przyzwoitego, ogarniętego, „w sumie dobrego człowieka”, nie jest walutą, która cokolwiek załatwia. W najlepszym razie jest tłem a w najgorszym… zasłoną dymną. Kiedy List do Rzymian mówi, że „sprawiedliwy z wiary żyć będzie”, nie chodzi o to, że ktoś wierzy w coś abstrakcyjnego i dostaje za to medal. Chodzi o coś bardziej niepokojącego: że człowiek przestaje opierać się na sobie. A to, jeśli być uczciwym, jest jednym z trudniejszych doświadczeń egzystencjalnych, bo odbiera poczucie kontroli, które tak pieczołowicie hodujemy. Z kolei zdanie o „wytrwaniu w ufności” brzmi jak delikatne, ale stanowcze doprecyzowanie: to nie jest jednorazowy zryw, emocjonalna deklaracja zrobiona w dobrym momencie. To raczej coś, co trwa mimo zmęczenia, rozczarowań, mimo tego, że życie nie zawsze współpracuje z naszymi oczekiwaniami. W tym sensie bliżej temu do relacji niż do decyzji administracyjnej. I właśnie tu biblia robi coś, co można by nazwać irytująco konsekwentnym: z jednej strony odbiera człowiekowi możliwość powiedzenia „sam to zrobiłem”, z drugiej daje mu coś, czego sam sobie nie potrafi zapewnić, czyli pewność, że - nie musi już udowadniać swojej wartości. Bo jeśli rzeczywiście „dziedziczy się życie”, jak sugeruje echo List do Galatów, to nie dlatego, że ktoś wypracował odpowiedni wynik, ale dlatego, że znalazł się w odpowiedniej relacji. Dziedzic nie negocjuje warunków. Dziedzic przyjmuje. I w tym wszystkim jest coś zaskakująco kojącego, choć na pierwszy rzut oka brzmi to jak utrata kontroli: - że być może nie chodzi o to, żeby w końcu stać się kimś bez zarzutu, tylko o to, żeby wreszcie przestać udawać, że takim się jest i oprzeć się na Kimś, kto nie potrzebuje naszej perfekcji, żeby nas uznać za największą wartość. *** „To w niej bowiem zostało jasno przedstawione, kiedy i na jakich zasadach Bóg uznaje ludzi za sprawiedliwych. A dokonuje tego wyłącznie na podstawie faktu, czy ktoś całą swą nadzieję i zaufanie złożył w Chrystusie, zgodnie z tym, co jest napisane w Piśmie, że tylko ten, kto wytrwa w ufności do Niego, zostanie uznany za sprawiedliwego. Taki jedynie odziedziczy odwieczne i nieskończone Życie. Rzymian 1:17 NT NPD
Zawsze mnie fascynowało, że człowiek, istota zdolna…
Zawsze mnie fascynowało, że człowiek, istota zdolna do rozszczepiania atomu, tworzenia aplikacji do gadania przez telefon ze swoim ekspresem do kawy albo pralką i komplikowania relacji w sposób, który zawstydziłby…

Komentarze
Nie ma jeszcze opublikowanych komentarzy.
Chcesz dołączyć do rozmowy? Zaloguj się lub załóż konto.