Zanim nazwano ich demonami, byli po prostu cieniem po drugiej stronie światła. Nie chodzi o czarne istoty z rogami i kopytami, które wślizgują się nocą przez okno. Nie. To późniejszy folklor, teatralna wersja lęku. W Biblii wszystko zaczyna się ciszej, jak zawsze, gdy Bóg mówi. W Starym Testamencie nie ma jeszcze demonów w sensie hollywoodzkim. Są za to duchy; dobre i złe, wysyłane przez Boga. Duch niepokoju nawiedzający Saula (1 Sm 16,14), duch kłamstwa z ust proroków (1 Krl 22,22). Wtedy jeszcze nie istniało pojęcie „piekła” jako miejsca tortur; był Szeol, szara kraina cieni. Świat zła dopiero dojrzewał w wyobraźni ludzi. Ale ludzie mieli oczy i sny. Widząc choroby, opętania, gwałtowne szaleństwa, zaczęli nazywać to, czego się bali. Kiedy nie umiesz nazwać zła, ono rządzi tobą. Kiedy je nazwiesz, zaczyna się teologia. A więc nazwali.  *** W Księdze Henocha, apokryfie, który powstał między III a I wiekiem przed Chrystusem, pojawia się już cała armia. Aniołowie, którzy zstąpili na ziemię i pożądali kobiet. Ich dzieci; olbrzymi, Nefilim, - po śmierci nie mogły wrócić do nieba ani zejść do Szeolu. Zawisły między światami. I właśnie z nich narodziły się demony. Dusze olbrzymów, pół niebiańskie, pół ziemskie, pełne gniewu i głodu. Ten mit był potrzebny. Bo nagle ktoś mógł powiedzieć: To nie ja. To we mnie coś obcego. To demon. Ludzkość odetchnęła. Oto wina zyskała twarz. I tak rodzi się religia usprawiedliwienia; wielka duchowa instytucja przerzucania odpowiedzialności. Ale Biblia nie jest prostą księgą o winie. To raczej kronika prób: jak człowiek staje naprzeciw ciemności i próbuje ją zrozumieć. *** W czasach Jezusa demony były już powszechnie akceptowaną częścią świata. Nikt nie pytał: czy istnieją? - tylko ilu ich masz? Ewangelie opisują spotkania Chrystusa z demonami nie jako horror, lecz jako rozmowy. On ich nie wyklina w panice, On rozmawia. - Jak ci na imię? - pyta opętanego w kraju Gerazeńczyków. - Legion - odpowiada głos z głębi człowieka. To dialog, który mógłby rozegrać się w gabinecie terapeuty. Jezus rozumie, że zło nie zawsze jest wrogiem z zewnątrz. Czasem to rozmówca wewnętrzny, którego nikt wcześniej nie chciał wysłuchać. Wtedy właśnie rodzi się duchowy paradoks: demony istnieją, ale nie mają ostatecznej władzy. Nie dlatego, że Bóg jest silniejszy w sensie militarnym, lecz dlatego, że człowiek ma wolność. Zło może się przyczepić, szeptać, udawać twoje myśli, ale nie może cię zmusić. To jak pasożyt, który ginie, gdy nie karmisz go emocją. W języku Biblii demony nie są potworami z ogonami. Są nieuporządkowaną energią, echem buntu, resztką z dawnych wyborów. Czasem pojawiają się tam, gdzie człowiek odrzuca miłość, a wtedy próbują ją zastąpić. Nie mają własnego światła, więc kradną (lub odbijają) cudze. Właśnie w tym tkwi ich dramat: są świadome istnienia dobra, ale pozbawione zdolności, by je kochać. To istoty, które wiedzą, że Bóg jest i nienawidzą Go za to, że nie potrafią już Go pragnąć. Czysta destrukcja, autodestrukcja. *** Jutro przyjrzymy się, jak apokryfy i wczesne teksty żydowskie rozbudowały tę wizję, nadając każdemu demonowi imię, charakter i słabość.
Zanim nazwano ich demonami, byli po prostu…
Zanim nazwano ich demonami, byli po prostu cieniem po drugiej stronie światła. Nie chodzi o czarne istoty z rogami i kopytami, które wślizgują się nocą przez okno. Nie. To późniejszy folklor, teatralna wersja lęku. W…

Komentarze
Nie ma jeszcze opublikowanych komentarzy.
Chcesz dołączyć do rozmowy? Zaloguj się lub załóż konto.