Zaczyna się od spojrzenia. Nie od dogmatu, nie od paragrafu w Katechizmie, tylko od tego zimnego, szybkiego, oceniającego spojrzenia, które mówi: „Wiem, kim jesteś i dlaczego nie powinno cię tu być”. I nawet jeśli nikt nie wypowiedział tego na głos, to już wiesz. Czujesz to w ławkach, w zapachu świec, w tonie kazania, które niby nie jest o tobie, a jednak dziwnie bardzo jest o tobie. Jesteś tu, bo coś w tobie ciągle wierzy. W Boga? W ludzi? A może tylko w to, że w tym miejscu powinno się znaleźć kawałek ciepła, jakieś: „chodź, usiądź, napij się herbaty, opowiedz”. Zamiast tego jest zimno. I nie dlatego, że ogrzewanie w zakrystii znowu nie działa. Homoseksualny chłopak, który przez pół mszy liczy oddechy, żeby nie usłyszeć swojego imienia w czyjejś krzywej opowieści. Rozwiedziona kobieta, która boi się, że ktoś zapyta: „A gdzie mąż?”, a ona znowu będzie musiała udawać, że jest na delegacji. Rodzina bez dzieci, która słyszy o „powołaniu do rodzicielstwa” tak, jakby ich miłość była niekompletna, jakby brak wózka w korytarzu oznaczał brak serca w piersi. Rodzice dziecka z in vitro, którzy mają w pamięci te wszystkie szeptane „ale wiesz, to nie do końca naturalne”. Migranci, którym mówią o gościnności, ale w drzwiach świątyni czują, że są gośćmi niechcianymi. Ekolodzy, którzy modlą się o piękno stworzenia, a potem słyszą, że „te wasze drzewa to ideologia”. Wegetarianie, którym ktoś w żarcie rzuci: „A baranek paschalny to co, tofu?”. Ci, co ćwiczą jogę, oskarżani o „otwieranie się na złe moce”, choć tak naprawdę otwierają się na życie, żeby nie bolały plecy. Ci, co wspierają WOŚP, bo uważają, że ratowanie życia jest po prostu ważne, i nie rozumieją, czemu za to można dostać krzywy uśmiech na plebanii. Wszyscy, którzy w Kościele usłyszeli o sobie złe rzeczy, a przyszli tu z nadzieją na dobre. Wy, którzy staliście z boku, czekając, aż ktoś powie: „Chodźcie, jesteście u siebie” - i się nie doczekaliście. A przecież Kościół musi być dla was. Nie „może”, nie „fajnie by było gdyby”, tylko musi. Bo jeśli nie jest dla was, to dla kogo jest? Bo jeśli Jezus siadał do stołu z tymi, których świat odsunął, to czemu my, Jego uczniowie, ustawiamy krzesła tylko dla swoich? *** Najpierw przychodzi on. Chłopak w granatowej kurtce, trochę za dużej, jakby ktoś ją pożyczył od starszego brata, którego już dawno nie ma w pobliżu. Siada w ostatniej ławce, przy filarze. Ma słuchawki w kieszeni, ale nie zakłada ich, bo to byłoby jak krzyk w ciszy. Wchodzi ksiądz, nabożeństwo - start. W Ewangelii pada słowo „miłość”, a on próbuje nie pomyśleć o tym, że w tym samym zdaniu usłyszał kiedyś, że jego miłość jest grzechem. Palce zaciskają się na drewnie ławki, jakby chciały coś wyrwać i uciec. Potem ona, kobieta w jasnym płaszczu. Rozwiedziona, ale nikt tu nie wie, jak naprawdę wyglądało to małżeństwo. Czasem, kiedy ksiądz mówi o „nienaruszalnym sakramencie”, ma ochotę wstać i powiedzieć: A co, jeśli sakrament był więzieniem? Ale milczy. Po komunii modli się za niego, tak, wciąż, żeby gdzieś w tym wielkim świecie znalazł swoje miejsce i żeby przestał pić. Obok siedzi para. Nie mają dzieci. Kiedy proboszcz ogłasza „błogosławieństwo dla rodzin”, ściska go za dłoń, a ona odpowiada uśmiechem, takim z wyćwiczoną pogodą, jakby mówiła: „Tak, jesteśmy szczęśliwi”. I są, ale inaczej niż w broszurach duszpasterskich. W drugim rzędzie młoda matka, dziecko w wózku. Wszyscy wiedzą, że urodziło się z in vitro. Niektórzy już zapomnieli, że mówili za jej plecami rzeczy, które kłuły bardziej niż igły w klinice. Ona pamięta. I dlatego modli się szeptem: „Boże, nie pozwól mi zbudować w sercu muru”. W trzecim rzędzie starszy mężczyzna - migrant. Twarz spalona wiatrem i drogą. Rozumie połowę słów kazania, ale rozumie wszystko w oczach ludzi, którzy nie wiedzą, czy on tu „pasuje”. A z boku, prawie pod chórem, stoi facet w swetrze z jeleniem. Wegetarianin. Modli się o to, żeby kazanie było o Ewangelii, a nie o „prawdziwej polskiej tradycji”, w której niedziela pachnie schabowym. Jest też dziewczyna, która ćwiczy jogę. W piątek słyszała od koleżanki, że „przyciąga demony”, ale dziś i tak przyszła, bo tu, w tej ciszy, czuje, że ktoś ją naprawdę słucha. I są ci, co zbierają na WOŚP. Wiedzą, że niektórzy patrzą na ich koszulki z dystansem, ale też wiedzą, że serce nie patrzy na logo. Wszyscy w tej ławce, ławce Kościoła. I żaden z nich nie przyszedł tu po listę swoich błędów. Przyszli po dotyk. Po zdanie, które nie będzie wyrokiem. Po to jedno spojrzenie, które mówi: „Dobrze, że jesteś”. *** Kiedy nabożeństwo się kończy, organista gra coś radosnego, choć w tonie wciąż czuć sól. Ludzie rozchodzą się powoli, jakby ktoś rozsypywał ich ostrożnie na chodniku. Ksiądz wychodzi przed kościół. Ściska dłonie. Mówi: „Dobrze, że jesteś” do każdego, kto przechodzi. Nie patrzy, czy to rozwiedziony, czy gej, czy matka po in vitro, czy dziewczyna z matą do jogi. Nie sprawdza, czy wspierasz WOŚP, czy głosujesz tak, jak on. Nie pyta, czy jesz mięso, czy sadzisz drzewa, czy przyjechałeś tu z daleka. Tylko powtarza: „Dobrze, że jesteś”. Jakby całe chrześcijaństwo mieściło się w tych trzech słowach. Czy to bajka? W niektórych zborach i parafiach… tak. Ale wszyscy mamy prawo głosu: - powiedzieć NIE dla ksenofobii i (wąskiemu) dogmatyzmowi. Nie uciekać. Zaproponować inny układ. To my jesteśmy Kościołem.
Zaczyna się od spojrzenia.
Zaczyna się od spojrzenia. Nie od dogmatu, nie od paragrafu w Katechizmie, tylko od tego zimnego, szybkiego, oceniającego spojrzenia, które mówi: „Wiem, kim jesteś i dlaczego nie powinno cię tu być”. I nawet jeśli nikt…

Komentarze
Nie ma jeszcze opublikowanych komentarzy.
Chcesz dołączyć do rozmowy? Zaloguj się lub załóż konto.