Zaczyna się od prostego zdania: „Chodź nogami po ziemi, ale sercem bądź w niebie” - powiedział św. Jan Bosko. I my, ludzie XXI wieku, którzy potrafimy ogarnąć jednocześnie płatności Blikiem, głęboki smutek i rozczarowanie serialem na Netflixie, myślimy sobie: „Okej. Fajne. Może nawet ładne. Ale co to znaczy konkretnie?” Bo my jesteśmy pokoleniem konkretu. Dajcie nam link, instrukcję, tutorial 3 minuty. Co to znaczy: być sercem w niebie? Zwłaszcza gdy właśnie się pokłóciłem z żoną o zmywarkę. Zwłaszcza gdy Biblia kurzy się od miesięcy i nawet Bóg - tak mi się wydaje - zszedł z WhatsAppa. Ale właśnie tam, w tych małych katastrofach codzienności, zaczyna się Ewangelia. Nie ta z ambony. Ta prawdziwa, ta spod stołu. Bo Jezus, zanim uniósł się na obłoku, chodził nogami po ziemi. I miał kurz na stopach. I płakał. I potrafił się wkurzyć. I miał przyjaciół, którzy zawiedli. I powiedział coś, co brzmi jak starszy brat wersji Bosko: „Gdzie jest twój skarb, tam będzie i serce twoje.” (Mt 6,21) Tylko że my mamy skarby w dziwnych miejscach. W cudzym uznaniu. W zmyślnie wyedytowanym obrazie siebie. W planach, które nie zakładają porażki, choroby, czy tego, że ludzie nas po prostu nie kochają tak, jak byśmy chcieli. A więc chodzimy. Po ziemi pełnej rozczarowań, nieprzepracowanych traum, plastikowych relacji i kredytów hipotecznych. I próbujemy jakoś żyć. Ale zapominamy o sercu. I o niebie. Albo wręcz odwrotnie, jesteśmy „niebiescy”, ale bez kontaktu z gruntem. Ludzie-helikoptery. Obłoki pobożności, które nie potrafią pomóc człowiekowi upadającemu w błocie. Cytują psalmy, ale nie mają cierpliwości, żeby umyć komuś nogi. Więc Biblia stawia nam lustro. I pyta: Jak chcesz iść do nieba, skoro nie potrafisz znieść sąsiada za ścianą? Święty Paweł to jeszcze mocniej przebił w Liście do Koryntian: „Choćbym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał - jestem niczym.” (1 Kor 13,1) NICZYM. Nie: „prawie okej”. Nie: „pobożnym, ale trudnym”. Po prostu: NIC. Więc co nam zostaje? Miotamy się między ziemią a niebem jak przystanek między dwoma pociągami: jeden ciągnie nas w stronę zadań i rachunków, drugi w stronę modlitwy i tęsknoty za czymś większym. I jeśli nie znajdziemy równowagi - rozleci się wszystko. *** Recepta na równowagę? Nie gub prostych rzeczy. Zdejmij buty, kiedy boli. Serio. Bądź czasem jak Mojżesz – zdejmij sandały i uznaj, że ta szara ziemia, na której stoisz, może być miejscem świętym, jeśli jesteś na niej naprawdę obecny. Nie wstydź się nieba w sobie. To nie jest naiwność. To odwagi wymaga więcej niż cynizmu. Bądź delikatny. Dla siebie, dla innych, dla Boga. Niebo zaczyna się tam, gdzie ktoś mówi: „Nie wiem, jak pomóc, ale chcę być z tobą.” Rozmawiaj z Bogiem, jakby był człowiekiem, który zna twoje życie lepiej niż ty sam. Bo On zna. A kiedy upadniesz? Wstań. To też dobrze. Gdy poczujesz dno, masz się z czego odbić. Ku niebu. Nie ma recepty? Pewnie masz rację. Ale jest twój trud. I Jego łaska. *** Bosko nie powiedział: lewituj nad ziemią. Powiedział: idź po niej, ale nie zapominaj, że twoje serce ma skrzydła. Więc niech ci nie będzie głupio, kiedy poczujesz, że nie pasujesz do tego świata. Może to właśnie dlatego, że twoje serce już zna drogę do domu?
Zaczyna się od prostego zdania: „Chodź nogami…
Zaczyna się od prostego zdania: „Chodź nogami po ziemi, ale sercem bądź w niebie” - powiedział św. Jan Bosko. I my, ludzie XXI wieku, którzy potrafimy ogarnąć jednocześnie płatności Blikiem, głęboki smutek i…

Komentarze
Nie ma jeszcze opublikowanych komentarzy.
Chcesz dołączyć do rozmowy? Zaloguj się lub załóż konto.