Zaczęło się od rozmowy, której nikt nie słyszał, bo odbyła się pod wodą. Dwie kijanki, dwie filozofki ze skrzelami, pływały sobie w swoim błotnistym raju, a jedna nagle mówi do drugiej: - Myślę, że wystawię głowę do góry i zobaczę, czy jest na tym świecie coś jeszcze oprócz wody. Na co druga, ta bardziej doświadczona, od razu zgasiła jej entuzjazm jak ciotka gasząca świeczkę na torcie: - Nie bądź głupia! - Istnieje tylko to, co znamy, po prostu woda. I tyle. Koniec metafory. Ale jak to bywa z metaforami - one nie kończą się nigdy, tylko mutują i zakładają okulary progresywne. Bo przecież to my jesteśmy tymi kijankami, nie? Tylko że zamiast wody mamy światło ekranów, niepokój kredytowy i przekonanie, że to wszystko musi mieć sens, skoro boli. Mówimy sobie: „To jest życie. Takie jest. Tylko to znamy.” A potem ktoś, może ciotka, może ksiądz, może twój pies, który właśnie po raz piąty tego dnia patrzy na ciebie jak na najgłupszą formę istnienia, mówi: „A jeśli jest coś jeszcze?” I wtedy pojawia się ona. Nie ciotka. Nie pies. Łaska. Tak, wiem. Słowo, które brzmi jak imię twojej byłej dziewczyny z duszpasterstwa akademickiego albo projekt nowej kolekcji bielizny z Katalonii. Ale nie. Łaska. Jakby ktoś nagle podał ci dłoń, zanim rozsmarujesz się na dobre o własne „ja już nic nie czuję”. W teologii, mówi się, że łaska to „gratis”. A jak wiadomo, nic nas nie przeraża bardziej niż coś za darmo. Bo od razu pytamy: „Ale co w zamian? Gdzie jest haczyk? Kto mnie obserwuje przez kamerę i robi eksperyment?” - Ale nie, łaska po prostu… jest. Nie zasłużyłeś. Nie zamówiłeś. Nie anulujesz. W Nowym Testamencie pojawia się 150 razy. To więcej niż liczba weekendów, podczas których obiecywałeś sobie, że „tym razem naprawdę odpoczniesz”. A więc może istnieje życie ponad tym, co tylko ludzkie. Może dusza nie jest aplikacją działającą w tle, którą można przypadkiem zamknąć, kiedy wyłącza się Google Maps. Może żyjemy w dwóch wersjach jednocześnie: biologicznie i bosko, tylko w tej drugiej wersji wciąż nie zrobiliśmy aktualizacji. W Apokalipsie, tej biblijnej, nie tej codziennej z Twittera, jest taki fragment: „Masz imię, które mówi, że żyjesz, a jesteś umarły.” Czyli: masz PESEL, płacisz podatki, masz bilety na koncert. Ale w środku? Pustka. Martwica. Zombie w garnku, gdzie mąż trzyma pokrywkę. Albo… wzywasz niderladzkiego skrzata z czarodziejską różdżką, gdy nie pada twoja cyfra w Totka, bo żona chce „lepszego” życia. Bo tak, możemy być chodzącymi truposzami z aktywną kartą kredytową i kredytem, który będziesz spłacał do osiemdziesiątki. Możemy mieć duszę zakopaną pod grubą warstwą „nie mam czasu” i „dajcie mi wszyscy święty spokój”. Ale - i tu jest sedno, i tu robi się naprawdę dobrze - łaska to jest to coś, co pozwala tej duszy wyjść spod gruzu. To nie jest zastrzyk dopaminy. To nie jest coaching. To nie jest randka. To jest tlen dla kijanki (gdyby była ssakiem), która wreszcie wychyla łeb z wody. Więc jeśli czujesz, że wszystko to tylko woda - codzienność, zmęczenie, zobowiązania, ludzie, których kochasz, a jednocześnie nie możesz znieść - to może właśnie czas wystawić głowę. Nie po to, żeby uciec. Tylko po to, żeby zobaczyć, że istnieje jeszcze coś. Gratis. Dla ciebie. Nawet jeśli wciąż wyglądasz jak kijanka. ~ z inspiracji bb. Fultona J. Sheen’a (1895-1979). - Nie zawsze byłeś Nihil obstat… @[100003186500753:2048:Witold Kazimierz Augustyn] (Krewetka. Zanurzona w mętnej wodzie teologii)