Wystarczy otworzyć Stary Testament, a znajdziemy karty, które dziś mrożą krew; - „Nie będziesz tolerował czarownicy - niech poniesie śmierć” (Wj 22,18). - „Jeśli ktoś złamie szabat - niech umrze” (Wj 31,14). - „Jeśli ktoś mężczyzna obcuje z mężczyzną - obaj poniosą śmierć” (Kpł 20,13). To nie jest język współczesnych haseł o inkluzywności, to raczej podręcznik kontroli, przemocą zabezpieczony system społeczny. Nietolerancja wpisana w litery prawa. A najgorsze, że wciąż są tacy, którzy traktują te wersety jak aktualny podręcznik życia. Kopiuj-wklej bez kontekstu. Jakby Bóg był policjantem z maczugą, a nie Ojcem z otwartymi ramionami. I tu, nagle, wchodzi On. Jezus. Nie wchodzi jak generał, raczej jak dziwny nauczyciel, który siada na trawie i mówi: „Błogosławieni ubodzy”. Czyli ci, których system wykluczył. Oni przyszli z wyrokami: „Ta kobieta cudzołożyła - ukamienować!”. A On odpowiada pytaniem, które zmienia reguły gry: „Kto z was jest bez grzechu?” Cisza. Kamienie wypadają z rąk. Jezus robi coś jeszcze mocniejszego: pokazuje Samarytanina, tego, którego Żydzi uważali za brudnego, gorszego, niewiernego, jako wzór miłości. On rozrywa klatkę nietolerancji od środka. I to nie przez wielkie deklaracje, ale przez gesty: siadanie do stołu z celnikami, dotykanie trędowatych, rozmowę z kobietą przy studni. To jest najbardziej radykalna forma tolerancji: nie „przecierpieć” drugiego, ale usiąść obok niego jak równy z równym. A teraz przenieśmy to do XXI wieku. Do twojego miasta. Do twojego kościoła. Czy naprawdę wszyscy są równi? Rozwiedzeni - na marginesie. Panny z dzieckiem - witane półuśmiechem. A ci, co mają wpływy i kasę? Oni zawsze siedzą w pierwszej ławce, zawsze dostają mikrofon, zawsze na zdjęciu z proboszczem. Mamy chrześcijan równych i równiejszych. To już nie jest nawet ukrywane. To jest system przywilejów ubrany w szaty pobożności. A Jezus? On by wszedł do tego kościoła, przeszedł przez rząd garniturów i niedzielnych garsonek, i zatrzymał się przy tym, kto stoi na końcu. Przy tym, kto nie wie, czy w ogóle ma prawo tu być. I właśnie tam, tam gdzie nikt się nie spodziewa… rozstawiłby stół. To jest paradoks: Biblia bywała podręcznikiem nietolerancji. Jezus - Przywódca buntu wobec tej nietolerancji. A my dziś? Gramy w grę, w której nazywamy się uczniami Jezusa, a żyjemy jak wyznawcy Księgi Prawa. Żyjemy w epoce, w której słowo „tolerancja” stało się albo gumką do rozciągania wszystkiego, albo pałką do okładania innych. Jedni chcą, by znaczyła: „zaakceptuj mnie w pełni, łącznie z moim światopoglądem”, drudzy redukują ją do: „przecierp kogoś, ale nie przyznawaj mu praw” czyli mniej więcej literalnie, zgodnie z łacińskim brzmieniem. Prawda? Prawda jest taka, że jesteśmy mistrzami w budowaniu murów. Nawet we wspólnotach, które mówią, że „wszyscy jesteśmy braćmi w Chrystusie”. Bracia, tak… ale… z różnych pięter. Jedni mają loże VIP, inni stoją pod drzwiami, moknąc w deszczu. A Jezus? On poszedł do tych moknących. Do tych, których system nazwał nieczystymi, niegodnymi, przeklętymi. I tam właśnie usiadł, uśmiechnął się i objął ramieniem największego grzesznika w mieście. I podzielił się ostatnią oliwką. *** Tolerancja: od łac. tolerare = „znosić, wytrzymywać”. Równość: od łac. aequalitas = „jednakowość, zrównanie”. Tolerancja to przecierpieć inność, równość to uznać równe miejsce.