Wyobrażam sobie Pawła siedzącego z tym swoim „ościeniem”. Czymkolwiek był. Migreną. Lękiem. Wstydliwą słabością. Czymś, co nie pasowało do wizerunku apostoła. Pisze: „Trzykrotnie prosiłem Pana, aby odszedł ode mnie” (2 Kor 12,8). Trzykrotnie. To nie brzmi dobrze. Widać człowieka, który naprawdę chciał, żeby coś się wreszcie skończyło. Odpowiedź nie brzmi: „Dobrze, już naprawiam”. Tylko: „Wystarczy ci mojej łaski” (2 Kor 12,9). Wystarczy. To słowo jest trudne. My zwykle chcemy więcej: więcej siły, pieniędzy, akceptacji. Kultura, w której żyjemy, ma obsesję na punkcie wydolnej wydajności. W pracy: ogarnij. W relacji: nie okazuj zbyt wiele słabości. W wierze: miej wszystkie odpowiedzi. Nawet zmęczenie trzeba opakować w narrację o rozwoju. A Paweł zostaje z czymś, co go uwiera. Najbardziej uderza mnie to, że Jezus nie wybiera ludzi „gotowych”. Piotr rozpada się przy ognisku (Łk 22,57-62). Tomasz stawia warunki (J 20,25). Uczniowie w Ogrójcu zasypiają (Mt 26,40). To nie jest idealna drużyna. A jednak to przez nich idzie dalej Ewangelia. „Beze Mnie nic nie możecie uczynić” (J 15,5). To zdanie nie jest wyrzutem, tylko zdejmuje ciężar. Może problem nie polega na tym, że jesteśmy zbyt słabi tylko, że zbyt długo udajemy samowystarczalnych. Słabość konfrontuje. Pokazuje, że nie kontrolujemy wszystkiego. Tak… nie każdy dzień jest zwycięstwem: utykamy w modlitwie, czujemy ucisk w żołądku, czasem bywa na prawdę kiepsko. I tu pojawia się coś zaskakującego. Bóg nie czeka, aż będziemy w idealnej formie. „Pan jest blisko skruszonych w sercu” (Ps 34,19). Bliskość nie zawsze przychodzi, gdy tego chcemy. Może nie zawsze trzeba udowadniać, że wierzysz wystarczająco mocno. Czasem wystarczy zostać i uparcie trwać przed Jego obliczem nawet, gdy czujesz się kruchy i niedoskonały. Nie jako projekt do poprawy. Jako człowiek. W takim stanie, w jakim jesteś. Bez upiększania. On wie, jaki jesteś i kocha bezwarunkowo.