Wyobraź sobie, że to nie Betlejem, nie żadna gwiazda nad pastwiskami, nie trzej mędrcy z prezentami wysłanymi z Amazona jeszcze przed końcem roku. Wyobraź sobie, że to dzieje się tu. W grudniu, kiedy światło dnia kończy się szybciej, niż jesteśmy gotowi przyznać, i kiedy ludzie w sklepach trzymają się za głowy, bo ceny, bo pośpiech, bo ten cały przymus bycia zasobnym. A jednak coś przeszywa powietrze. Nie jak anioł z trąbą. Bardziej jak ten moment, kiedy patrzysz na obcego w autobusie i nagle masz wrażenie, że jego smutek jest jakiś… znajomy. I wtedy On przychodzi. Nie w stajence, bo dziś nikt nie prowadzi stajen w centrum miasta. Nie w wielkiej bieli aniołów, bo biel kojarzy nam się bardziej z reklamą proszku do prania. Przychodzi tam, gdzie nikt Go nie zapraszał: - na izbę przyjęć przepełnionego szpitala, - na dworzec autobusowy o 3:17 nad ranem, - na klatkę schodową w bloku, gdzie sąsiadka od tygodni płacze tak cicho, że nikt nie ma odwagi zapytać dlaczego. I, wiesz, to nie jest ten Chrystus ze starych ikon, co patrzy w głąb duszy jakby wszytko już wiedział. To bardziej ktoś, kto wygląda na zmęczonego długą podróżą. Kto właśnie dowiedział się, że nie ma dla Niego miejsca w żadnym z systemów: ani politycznych, ani religijnych, ani emocjonalnych. Bo gdyby Chrystus narodził się dzisiaj… wkurzyłby sporo ludzi. Nie mówiłby tego, czego chcemy słuchać. Nie przyklepywałby naszych racji. Nie wstawiałby „lajków” pod deklaracjami o miłości bliźniego, gdy w praktyce nie mamy czasu nawet oddzwonić do własnej matki. Zamiast tego przyszedłby w miejscu, które najbardziej chcemy pominąć. - Może w rodzinie rozbitej, - może w taksówce na nocnej zmianie, - może w tym sklepie, gdzie kasjerka mówi „dzień dobry” już trzysta razy dziennie, a nikt nie pamięta jej imienia. I kiedy w końcu zapytalibyśmy: „Czy to naprawdę Ty?” On podniósłby wzrok znad kubka zimnej kawy i odpowiedział: „A gdzie indziej chcielibyście, żebym był?” Bo może o to chodzi: że Bóg nigdy nie rodzi się tam, gdzie świecą reflektory i palą kadzidło. Tylko tam, gdzie jesteśmy najbardziej niewygodni dla samych siebie. - W naszym życiu, które nie wyszło. - W związkach, które popękały. - W marzeniach, które zeszły do podziemia, bo świat kazał nam być praktycznymi. Jeśli Chrystus narodziłby się dziś, pewnie nie ogłosiłby tego w mediach. Nie byłoby transmisji na żywo, komentarzy ekspertów, viralowych filmików. Po prostu ktoś zauważyłby dziwne ciepło w sercu. Takie, które mówi: „Możesz zacząć jeszcze raz, naprawdę możesz”. Takie, które nie wymaga dowodów ani certyfikatów. A potem, jak to zwykle bywa, niektórzy by Go pokochali. Inni wyśmiali. Jeszcze inni woleliby go nie zauważyć, bo obecność takiej miłości zawsze odsłania coś, od czego uciekamy. Ale wiesz co? Myślę, że gdyby Chrystus narodził się dzisiaj… zrobiłby dokładnie to samo, co dwa tysiące lat temu. Przyszedłby nie po to, żebyśmy byli bardziej idealni, ale żebyśmy byli bardziej prawdziwi. Przyszedłby, żeby zdjąć z naszych barków ciężary, które nosimy tylko dlatego, że ktoś kiedyś powiedział: „musisz”. Przyszedłby powiedzieć, że nawet jeśli zawaliłeś życie sześć razy, nawet jeśli zdradzili cię ludzie, których kochałeś, nawet jeśli sam siebie zdradziłeś, On nadal zaczyna z tobą od początku. Może więc Boże Narodzenie nie jest ani o stajence, ani o historii, ani o dekoracjach. Może chodzi o to, że raz w roku przypomina nam się coś, czego nie chcemy przyznać: że w najciemniejszą noc światło zawsze zaczyna od czegoś małego. Tak małego jak dziecko. Tak cichego jak westchnienie. Tak niepozornego jak myśl: „Może jednak jestem kochany.” Jeśli Chrystus narodziłby się dzisiaj… urodziłby się tam, gdzie najbardziej brakuje miłości. Czyli, bądźmy szczerzy, tu. W nas. I może właśnie na to czekamy od lat. Błogosławionego Adwentu,