Wyobraź sobie, że budzisz się rano. Budzik drze się jak opętany, kawa nie zdążyła jeszcze wlać w ciebie poczucia, że cokolwiek ma sens. Patrzysz na kalendarz; spotkania, rachunki, dzieci trzeba wysłać do szkoły, a może nie masz dzieci, więc tylko bardziej czujesz, że puste mieszkanie to echo twojego własnego zmęczenia. I w tej codziennej bieganinie praca, tramwaj, korki, cudzy łokieć w żebra, słyszysz te słowa Jezusa. Nie jako cytat z Biblii, nie jako religijną tapetę, tylko jakby ktoś ci je wcisnął prosto w ucho: „Ja jestem drogą, prawdą i życiem.” I nagle okazuje się, że On wcale nie mówi o autostradzie S8 ani o ścieżce rowerowej, którą próbujesz jechać, a tam zawsze pies z kulawą nogą wejdzie ci pod koła. On mówi: „Droga to ja. Prawda to ja. Życie to ja.” Czyli nie chodzi o mapę, gdzie nawigacja podpowiada: „za 200 metrów skręć w prawo”. Chodzi o to, że sama relacja z Nim jest jakby asfalt pod nogami, powietrze w płucach i kawałek światła, który przebija się przez żaluzje, kiedy rano myślisz: „Jeszcze pięć minut i wstanę”. Ludzie często chcą prawdy w pakiecie: coś pewnego, coś do podpisania, coś z pieczątką. A Jezus mówi: „To ja jestem prawdą.” Czyli nie kalkulator, nie paragraf, nie opinia większości, nie nawet twoja własna logika o trzeciej w nocy, kiedy próbujesz poukładać życie jak puzzle. Prawda to Osoba. A jeśli prawda to Osoba, to znaczy, że musisz się z Nią spotkać, rozmawiać, czasem pokłócić, czasem obrazić się i wrócić, jak w relacji, jak w miłości, jak w rodzinie. A „życie”? No cóż, życie nie jest listą zadań do odhaczenia. Życie to coś, co cię budzi w środku nocy i każe myśleć o rzeczach, których nie chcesz dotykać. To też Jezus. On mówi: „Bez względu na to, jak bardzo się boisz, jak bardzo wątpisz, jak bardzo udajesz, że ogarniasz - ja jestem twoim życiem.” I to ostatnie zdanie: „Nikt nie przychodzi do Ojca jak tylko przeze mnie.” Brzmi jak zakaz, jak rygor: „Nie ma wejścia bocznego, nie próbuj okna, nie kombinuj przez piwnicę.” Ale prawda jest inna. To raczej zaproszenie. Jakby Jezus mówił: „Nie musisz już błądzić, kombinować, udawać, że ci wystarcza filozofia albo Netflix. Wystarczy, że trzymasz się mnie, a ja zaprowadzę cię do Ojca. Nie dlatego, że cię zamykam, tylko dlatego, że naprawdę wiem, gdzie to jest.” I to jest może największa ironia w tym wszystkim: że my biegamy po własnym życiu jak chomik w karuzeli, próbując znaleźć drogę, prawdę i życie w tysiącu innych rzeczy… - a On? On cały czas stoi obok i mówi: „Halo, to ja. Zwolnij”.
Wyobraź sobie, że budzisz się rano.
Wyobraź sobie, że budzisz się rano. Budzik drze się jak opętany, kawa nie zdążyła jeszcze wlać w ciebie poczucia, że cokolwiek ma sens. Patrzysz na kalendarz; spotkania, rachunki, dzieci trzeba wysłać do szkoły, a może…

Komentarze
Nie ma jeszcze opublikowanych komentarzy.
Chcesz dołączyć do rozmowy? Zaloguj się lub załóż konto.