Współczesny człowiek potrafi wytłumaczyć wszystko - z wyjątkiem siebie. Potrafi zaprogramować dzień co do minuty, zoptymalizować sen, nawodnić się według zaleceń WHO, uprawiać mindfulness w porze lunchu i zapisać w zegarku liczbę wykonanych kroków. Ale zapytany: „Czy jesteś szczęśliwy?”, milknie. Bo w tej pozornej wolności wcale nie jest wolny. Bo nie wie, gdzie się zaczyna on sam, a kończy jego filozofia pracy. Houellebecq pisał: „Świat zmierza ku samotności; jednostka już się nie liczy.” Może i miał rację. Ale być może - właśnie dlatego - jednostka staje się dziś ostatnim, najbardziej heroicznym frontem walki o sens. Nie znajdziesz życia w raportach, plikach, tabelkach. Nie znajdziesz go nawet w pięknie ciała, które przecież przemija. Zresztą wiesz to, jeśli chociaż raz widziałeś kogoś, kto kiedyś cię kochał, a dziś przechodzi obojętnie. Piękno bywa ślepe. Ale radość bycia - jeśli jest prawdziwa - widzi wszystko. Nie chodzi o hedonizm. Chodzi o coś bardziej bolesnego i wymagającego: o przyjęcie chwili, która nie wróci. O spojrzenie na zachód słońca nie po to, by zrobić zdjęcie na Instagram, ale po to, by… pomilczeć. O kubek herbaty, który stygnie w dłoniach, bo przez chwilę nigdzie nie musisz iść. O czyjąś obecność - czułą i prostą - jak dłoń w dłoni. Bez słów. Bez transakcji. Bo może życie nie polega na spełnianiu, tylko na odczuwaniu. Na nieproduktywnym zachwycie. Na śmiesznych tańcach w kuchni. Na tuleniu psa. Na zapachu jej (jego) skóry o poranku. Na cichym: „Dziękuję, że jesteś”, wypowiedzianym choć raz - komuś, albo sobie. Wbrew Houellebecqowi - albo właśnie z jego smutku biorąc siłę - można się nauczyć cieszyć życiem. Nie całym. Nie naraz. Ale jednym oddechem. Jednym uśmiechem. Jedną chwilą. To nie będzie łatwe. System nie lubi, gdy ktoś przestaje go zasilać swoją rozpaczą. Ale jeśli się zatrzymasz, tylko na chwilę, i pozwolisz sobie być nie po coś, nie dla kogoś - tylko po prostu być - to może usłyszysz w sobie zdanie, którego nigdy nie powiedziałeś: - To ja. I to wystarczy.