Zdjęcia Współczesny człowiek potrafi godzinami rozmawiać o traumie, mechanizmach obronnych, stylach przywiązania oraz emocjonalnej dysregulacji. I wpada w autentyczne zakłopotanie, gdy ktoś wspomni o duszy. Czasem przypomina trochę mieszkańca ogromnego centrum handlowego, który zna dokładną lokalizację wszystkich wind i wyjść ewakuacyjnych, lecz od lat nie otworzył drzwi do własnego mieszkania. Borderline stało się dziś słowem niemal popkulturowym. Krąży między podcastem psychologicznym a relacją na Instagramie, między kłótnią zakochanych a komentarzem znajomych po kolejnym rozstaniu, ponieważ łatwiej powiedzieć: „ona ma borderline” albo „on jest toksyczny”, niż przyznać, że współczesne relacje coraz częściej przypominają ludzi próbujących ogrzać się nawzajem, kiedy każde z nich samo płonie od środka. Psychologia opisuje ten stan precyzyjnie i momentami wręcz pięknie w swoim chłodzie, ponieważ mówi o lęku przed opuszczeniem, gwałtownych emocjach, niestabilnym obrazie siebie oraz relacjach, które potrafią zmieniać temperaturę szybciej niż marcowa pogoda nad Bałtykiem, lecz pod klinicznym językiem kryje się zwykle człowiek, który nauczył się jednej rzeczy bardzo wcześnie: - że miłość bywa obecna nieregularnie, a poczucie bezpieczeństwa potrafi zniknąć bez ostrzeżenia. I właśnie tutaj Biblia okazuje się dziwnie współczesna, choć została napisana w świecie „gadających” osłów, pyłu, studni i oliwnych lamp, ponieważ jej bohaterowie rzadko przypominają spokojnych mentorów z cytatów motywacyjnych drukowanych na magnesach, którymi obkładamy lodówki. Dawid raz śpiewa psalmy pełne ufności, a chwilę później leży psychicznie rozbity jak człowiek, który od tygodni nie śpi i nie potrafi odróżnić winy od samotności. Eliasz po wielkim triumfie siada pod krzewem i chce umrzeć, co brzmi zaskakująco znajomo w epoce ludzi wrzucających do internetu uśmiechnięte selfie pół godziny przed załamaniem nerwowym. Najbardziej przejmujące pozostaje jednak to, że Bóg w Biblii nie reaguje na ludzkie rozedrganie tak, jak reagują zmęczeni ludzie w internecie, którzy po trzech trudniejszych wiadomościach zaczynają mówić o „dramach”, „atencji” albo „emocjonalnym terroryzmie”, lecz raczej jak ktoś, kto widzi źródło chaosu głębiej niż sam chaos. Gdy Eliasz rozpada się psychicznie, nie dostaje wykładu o wdzięczności ani motywacyjnego hasła do powieszenia nad łóżkiem, tylko jedzenie, sen i wytchnienie, co wygląda bardziej jak rozsądna terapia niż religijny spektakl. Człowiek z takim zranieniem często kocha gwałtownie, ponieważ panicznie boi się chwili, w której przestanie być potrzebny, dlatego potrafi jednego dnia idealizować drugą osobę z intensywnością średniowiecznego mistyka, a następnego odsuwać ją od siebie z brutalnością ochroniarza wyrzucającego klientów po zamknięciu lokalu. I nie chodzi tutaj o wyrachowanie, lecz o przerażenie, które przez lata nauczyło organizm funkcjonować tak, jakby każde oddalenie oznaczało katastrofę. Biblia nie romantyzuje tego bólu, ale też nie odbiera człowiekowi godności. „Trzciny nadłamanej nie dołamie” brzmi może zbyt miękko dla świata, który uwielbia ludzi zdyscyplinowanych, skutecznych i emocjonalnie ergonomicznych, lecz właśnie dlatego ten fragment pozostaje tak niewygodny, ponieważ sugeruje, że człowiek nie przestaje być wart miłości tylko dlatego, że jego wnętrze przypomina czasem mieszkanie po pożarze. Psychologia pomaga nazwać mechanizmy, terapia potrafi nauczyć regulowania emocji oraz budowania bezpiecznych więzi, natomiast Biblia przypomina coś, o czym współczesność mówi coraz ciszej: - że człowiek nie jest wyłącznie sumą swoich reakcji, diagnoz i kryzysów, ponieważ nawet najbardziej rozedrgane serce nadal pozostaje sercem, które można wyleczyć a nie uszkodzonym urządzeniem, które trzeba wymienić. *** „Trzciny nadłamanej nie dołamie, a tlejącego się knota nie dogasi.” Ewangelia wg św. Mateusza 12,20 To cytat odnoszący się do proroctwa Izajasza: „Nie złamie trzciny nadłamanej ani nie zagasi knotka o nikłym płomyku.” Izajasz 42,3 To jeden z najbardziej czułych obrazów Boga w Biblii, nie jako sędziego szukającego idealnych ludzi, lecz kogoś, kto pochyla się właśnie nad tym, co kruche, rozedrgane i ledwo trzymające się życia.