Wieniec adwentowy jest mapą drogi, a świece są jej kolejnymi punktami światła. Zapalane po jednej, nie rozświetlają od razu całości. Uczą cierpliwości i zgody na etapy. Pierwsza świeca mówi o początku pragnienia, o decyzji, by czekać. Druga pogłębia napięcie oczekiwania, przypomina o czujności i wierności temu, co jeszcze niewidoczne. Trzecia świeca wprowadza pęknięcie w ten rytm. Jej światło nie jest ostrzejsze, lecz inne. To ZNAK RADOŚCI, która pojawia się nie na końcu drogi, ale w jej środku. Radości nie wynikającej z osiągnięcia celu, lecz z pewności, że Ten, na którego czekamy, jest już blisko, nawet, jeśli my sami wciąż jesteśmy w drodze. Dopiero na tym tle trzecia świeca zaczyna mówić własnym, cichym językiem. Językiem dla tych, którzy nie zdążyli. *** Trzecia świeca adwentowa nie zapala się z przekonaniem. Raczej z ostrożnością. Jakby wiedziała, że stoi po stronie tych, którzy woleliby dziś nie być zauważeni. Tych, którzy przyszli z pustymi rękami. Z głową pełną niedokończonych myśli. Z sercem, które nie nadążyło za kalendarzem. Bo prawda jest taka, że wielu z nas nie tyle nie zdążyło się przygotować, ile zgubiło sens przygotowania. Zamiast czekać, zaczęliśmy się sprawdzać. Zamiast wyglądać kogoś, zaczęliśmy oceniać siebie. Adwent, który miał być drogą spotkania, stał się wewnętrznym egzaminem, w którym ciągle jesteśmy „prawie”. Trzecia świeca staje dokładnie w tym „prawie”. Nie mówi:

- postaraj się bardziej. Nie mówi:

- następnym razem się uda. Mówi:

- jesteś w miejscu, w którym można cię spotkać. Radość tej niedzieli nie ma nic wspólnego z dobrym samopoczuciem. Jest raczej chwilą intelektualnego i duchowego przełomu, w której człowiek orientuje się, że cała jego strategia dojścia do Boga była odwrócona. Że to nie on ma się wreszcie zebrać w całość, żeby zasłużyć na obecność. Że to obecność jest tym, co zbiera go w całość;

- Dla tych, którzy nie zdążyli uporządkować życia, ale potrafią już nazwać chaos po imieniu. (O, to ja!)

- Dla tych, którzy nie zdążyli pokochać tak, jak obiecywali, ale przestali się oszukiwać, że miłość to rola do odegrania. (To może ty?)

- Dla tych, którzy nie zdążyli z wiarą, lecz zdążyli z uczciwością. (Niech tak się stanie!) Ta świeca pali się w miejscu, gdzie kończy się narracja o „lepszej wersji siebie”. Tam, gdzie człowiek zaczyna rozumieć, że poprawa nie jest warunkiem relacji, a zmiana nie jest biletem wstępu. Że Bóg nie przychodzi do projektu, tylko do osoby. I właśnie tu pojawia się… radość. Cicha, niemal logiczna w swojej prostocie. Radość wynikająca z odkrycia;

- że nie trzeba już udawać, że się zdążyło.

- Że można przestać biec.

- Że ktoś inny dostosował tempo. Trzecia świeca nie rozwiązuje problemów. Ona zmienia perspektywę. Mówi, że spóźnienie nie jest defektem duchowym, lecz stanem ludzkim. Że większość tego, co naprawdę ważne, przychodzi do nas wtedy, gdy przestajemy być gotowi. Bo w tej historii nie chodzi o to, czy zdążyliśmy przyjść do Boga na czas. Chodzi o to, że Bóg cierpliwie czeka, aż otworzymy serce na Jego przyjście… z jednym z wielu… Jego darów:

- radością! Witold Kazimierz Augustyn Fot. 2 wł. (wieniec przygotowała Sahira)