Widziałem kiedyś człowieka, który sadził drzewo. Nie dlatego, że miał plan zalesienia całej dzielnicy. Po prostu uznał, że dobrze będzie, jeśli coś żywego zakorzeni się w tym kawałku ziemi. Kiedyś ktoś może usiądzie pod nim. Może dziecko. Może pies. Może nikt. Nie miało to znaczenia. I pomyślałem wtedy: może właśnie o to chodzi. Może sens życia nie polega na tym, żeby się urządzić, tylko żeby coś po sobie zostawić. Coś, co nie potrzebuje nas, żeby istnieć. Biblia mówi o tym od samego początku. W Edenie Bóg sadził drzewa, wiedząc, że człowiek złamie Gałąź. A mimo to sadził. Bo miłość nie liczy strat. Miłość to sadzenie mimo, że ktoś może wszystko spalić. W Księdze Koheleta jest takie zdanie: „Wszystko ma swój czas. Czas sadzenia i czas wyrywania tego, co zasadzono.” I może właśnie w tym tkwi cała tajemnica; żeby zrozumieć, że człowiek nie został stworzony, by liczyć i kontrolować, ale by ufać. Bo Bóg nie jest buchalterem. Nie zapisuje w zeszycie, ile kto posadził. Bóg to ten, który kładzie rękę na twoim ramieniu i mówi: - Widziałem, że próbowałeś. Coś się udało, coś nie, jest okay. W tym wszystkim jest coś rozdzierająco ludzkiego. To uczucie, gdy robisz coś dobrego i nikt tego nie zauważa. Albo gdy pomagasz komuś, kto nawet nie dziękuje. I czujesz żal, bo chciałeś, żeby ktoś to zauważył. Ale właśnie w tej sekundzie, w tym mikrogrymasie zawodu, zaczynasz rozumieć, czym jest miłość bez świadków. To wtedy zaczynasz być podobny do Boga. Nie w mocy, tylko w subtelnym działaniu. Nie w cudach tylko w decyzji, że mimo wszystko… warto. W przypowieści o siewcy Jezus mówi, że część ziarna padła na drogę, część na skały, część między ciernie. Ale jakaś część, mała, niepozorna, padła na dobrą ziemię. I wydała owoc. Nie mówi, że siewca wiedział, która to będzie część. Po prostu siał. Bo sens życia to nie rezultat, to gest. I może to jest właśnie niebo: - miejsce, w którym wreszcie widzisz cień drzew, które kiedyś posadziłeś, i rozpoznajesz w nim kształt własnych rąk.