- W pracy wewnętrznej wakacji nie ma” - powiedział psychoterapeuta w trzeciej minucie mojej wizyty, zanim jeszcze zdjąłem buty z wyobrażonego błota dzieciństwa. - Okej - odpowiedziałem - ale czy są chociaż przerwy na kawę? Bo w moim wnętrzu aktualnie trwa sezon monsunowy i mam tylko jedną parasolkę: wyparcie. Nie zaśmiał się. Psychoterapeuci rzadko się śmieją, zwłaszcza gdy zaczynasz być zabawny tuż przed płaczem. Praca wewnętrzna to jak praca przy remoncie starego domu. Z zewnątrz wydaje się, że wystarczy pomalować. Wewnątrz - sypie się tynk, gryzonie tańczą sambę, a fundamenty trzymają się tylko dzięki woli zmarłej ciotki, której nigdy nie znałeś, ale czułeś jej rozczarowanie za każdym razem, gdy źle zmywałeś naczynia. Ludzie pytają: „Po co ci ta praca nad sobą? Nie lepiej iść na masaż?” A ja odpowiadam: „Pewnie, tylko że masaż nie rozwiąże problemu, że czuję się jak dziesięć niedokończonych zdań i jedno powstrzymane ‘kocham cię’.” W pracy wewnętrznej nie ma urlopu, bo nie ma od kogo wziąć zastępstwa. Ty jesteś i szefem, i pracownikiem miesiąca, i tym, który zapomniał zapisać się do ZUS-u. Ale tu jest haczyk, mój drogi wewnętrzny robotniku. Im głębiej kopiesz, tym więcej odnajdujesz: nie tylko gruzu, ale i światła. Nie tylko bólu, ale i sensu. Pod tą warstwą autoironii i dawnych rozczarowań naprawdę może być coś - Ty, tylko lżejszy, bez tego całego betonu przekonań, które ktoś ci wlał do środka, kiedy miałeś pięć lat i nie umiałeś jeszcze powiedzieć: „to nie moje”. Więc tak - w pracy wewnętrznej wakacji nie ma. Ale jeśli dobrze popracujesz - być może uda ci się kiedyś naprawdę odpocząć. Nie na Bali. W sobie. *** To serce… z obrazka… Większe od tej wątłej postaci. Trzyma je nad sobą jak parasol zrobiony z rozgrzanej patelni. Nie da się nie zauważyć, że serce waży więcej niż całe jej życie. A mimo to - dźwiga. Albo raczej: nie ma wyjścia. To jest właśnie praca wewnętrzna. Nosisz coś, co nie pasuje do twojego rozmiaru. *** Psychoterapeuta (ten sam co wcześniej, zero poczucia humoru) kiedyś powiedział mi, że w środku jestem jak pawilon handlowy z lat 90. - niby wszystko jest, ale nie wiesz, czy chcesz wejść. Odpowiedziałem, że w takim razie moje serce to spożywczak, w którym gra disco polo, a przy kasie siedzi staruszka z zawodem wypisanym w oczach: „Tyle lat, a ty dalej pytasz, czy jesteś wystarczająco dobry.” *** Absurd jest taki, że najcięższe serca mają najcieńsze nogi. I nie chodzi o anatomię. Chodzi o to, że im bardziej kochasz, im bardziej czujesz, im więcej pracy nad sobą robisz - tym częściej się chwiejesz. Ale! Właśnie to chwiejące się ciało, ta niepozorna figurka pod ogromnym sercem - to jest siła. Bo prawdziwa siła to nie sześciopak i podcasty o produktywności. To odwaga, by rano wstać i nie rzucić tego serca w cholerę. Tylko powiedzieć: „Dobrze. Jeszcze jeden dzień. Jeszcze jedno milimetr uzdrawiania.” A potem iść do przodu. Chwiejnym krokiem. Z wielkim sercem. Które z czasem zaczyna nie ciążyć, ale chronić. I może nie ma w tej pracy urlopu… Ale są ciche poranki, w których serce mówi ci: „Dobrze, że jesteś.” Kobieto wielkiego serca! Mężczyzno, z prawdziwie wielkim serduchem…