W pierwszym Kościele nikt nie miał złotego łańcucha na szyi. Nikt nie nosił mitry, nie znał pojęcia kanclerz kurii, nie zabiegał, żeby dostać odpust na czas wakacji, albo o kwit z pieczątką, że małżeństwa już nie ma. W pierwszym Kościele głos Ducha Świętego był bardziej realny niż program duszpasterski, bardziej obecny niż kadzidło i płomyk świecy z elektrycznym guzikiem. Pierwszy Sobór Jerozolimski, ten opisany w Dziejach Apostolskich, nie był zwołany po to, żeby ustalić, kto będzie przewodniczył obradom i w jakim porządku wyczytają listę kardynałów, którzy przybyli w delegacji. Został zwołany, bo Kościół przestał rozumieć samego siebie. Apostołowie się kłócili. Część uważała, że nowi wierzący - ci obrzezani tylko w sercu - nie zasługują na pełnię zbawienia. Druga część - z Pawłem na czele - miała odwagę zapytać: czy zbawienie to nie jest przypadkiem dar? Tamto spotkanie nie miało nic z tryumfalizmu. Było nerwowe, kruche, ludzkie. I właśnie dlatego Duch Święty mógł się odezwać. „Postanowiliśmy bowiem, Duch Święty i my” - mówili na koniec, nie mając pewności, tylko wiarę. Dziś Kościół nie ma już tej niepewności. Ma za to pewność absolutną. Ma formularze, procedury i dokumenty PDF z rzymskim nagłówkiem. Duch Święty może sobie krążyć po dachach katedr, ale nikt nie wpuszcza go do środka, bo przecież jest już wszystko ustalone. Kościół był kiedyś wspólnotą. Dziś jest korporacją z własnym brandingiem. Kiedyś dzielili się chlebem - dziś dzielą się władzą i PIN-em do tacy. Kiedyś modlili się, żeby ktoś został uzdrowiony - dziś modlą się, żeby kogoś nie trzeba było zwalniać z funkcji. W pierwszym Kościele nie było biskupów w samochodach z kierowcą. Byli rybacy i celnicy, którzy, o dziwo, naprawdę chcieli słuchać Boga. Dziś Kościół jest bliżej ministerstw niż Betlejem, bliżej uścisków prezydentów niż łez prostych ludzi. Bliskość z Bogiem została zastąpiona przez relację z kancelarią parafialną. Można powiedzieć, że to naturalna ewolucja. Religia organizuje się, buduje struktury, dojrzewa. Ale Duch Święty nie dojrzewa. Duch Święty nie potrzebuje pozwolenia z wydziału duszpasterstwa ogólnego. Duch Święty przychodzi, kiedy ludzie drżą, kiedy pytają, kiedy nie wiedzą, co dalej. I to jest właśnie to, czego Kościół dziś najbardziej się boi - niepewności. Bo niepewność nie wygląda dobrze w oficjalnym komunikacie. Więc jak daleko jest dzisiaj Kościół od tamtego soboru? Daleko w sercu. Nie w czasie. Bo czas nie zabija - tylko pycha zabija. Zostało trochę resztek. Zostały wyspy. Małe wspólnoty, które wciąż się modlą jak pierwsi chrześcijanie: po cichu, bez świateł. Ktoś tam jeszcze łamie chleb. Ktoś słucha Ducha. Ktoś rozpoznaje Jezusa nie po tytule, ale po sposobie, w jaki siedzi przy stole. Może święty Jakub, gdyby dziś żył, powiedziałby znowu: „Nie czyńmy trudności tym, którzy nawracają się do Boga.” A potem może spojrzałby na gmachy kuri, na złote relikwiarze, na pancerne ogrodzenia pałaców biskupich, na księży, którzy nie mają czasu dla ludzi, bo przygotowują rekolekcje o… czasie dla ludzi. I może, bardzo cicho, powiedziałby tylko: „Duch Święty i my… tylko że wy często działacie bez Niego.” Ale może się mylę. Może Duch Święty naprawdę mieszka w regulaminie kancelarii. Może Jezus naprawdę uwielbia procesje z głośnikiem Bluetooth i patosem. Albo może to ja się po prostu starzeję. I tęsknię. Za czymś, co przeminęło. Ale było. Jak Jerozolima, która kiedyś była stolicą Ducha. *** Sobór Jerozolimski, opisany w 15-tym rozdziale Dziejów Apostolskich, był pierwszym zgromadzeniem Kościoła mającym na celu rozstrzygnięcie poważnego sporu dotyczącego tożsamości i granic wspólnoty chrześcijańskiej. W centrum uwagi znalazło się pytanie, czy poganie przyjmujący wiarę w Jezusa muszą zachowywać Prawo Mojżeszowe, w tym obrzezanie. Spór ten miał głęboki wymiar nie tylko religijny, ale i kulturowy, dotyczył bowiem samego rozumienia zbawienia: czy opiera się ono na wierze, czy na spełnianiu przepisów Prawa. W Jerozolimie spotkali się apostołowie i starsi, a głównymi postaciami byli Piotr, Paweł, Barnaba i Jakub. W trakcie obrad uznano, że Duch Święty działa także wśród pogan i że nie powinni być oni obciążani przepisami, których nawet Żydzi nie byli w stanie w pełni przestrzegać. W efekcie Sobór postanowił, że poganie nie muszą się obrzezywać, mają jednak powstrzymać się od pewnych praktyk, jak spożywanie krwi czy nierządu, by zachować jedność ze wspólnotą żydowską. Była to przełomowa decyzja, która otworzyła chrześcijaństwo na świat poza judaizmem i pozwoliła mu stać się religią uniwersalną. Jednocześnie Sobór Jerozolimski ustanowił model rozeznawania, poprzez wspólne słuchanie Słowa, modlitwę, świadectwo i uznanie działania Ducha Świętego, który pozostał punktem odniesienia dla późniejszych soborów i debat w historii Kościoła.