W pewnym momencie człowiek zaczyna podejrzewać, że największym problemem religii nie jest wcale brak wiary, lecz obsesja przyzwoitości. Ludzie latami próbują wyglądać na duchowo uporządkowanych, ponieważ od dziecka uczono ich, że Bóg bardziej kocha tych, którzy dobrze wypadają na Instragramie. Więc uczą się odpowiednich min, poprawnych póz, układnych reakcji na cudzy upadek. Powstaje coś w rodzaju religijnego teatru klasy średniej: trochę moralności, kilka cytatów, parę gramów publicznego współczucia i bardzo dużo kontroli nad własnym wizerunkiem. A potem otwiera się Ewangelię i okazuje się, że Jezus zachowuje się w sposób niemal społecznie niebezpieczny. Nie zaczyna od ludzi stabilnych życiowo i emocjonalnie i nie klika pod postem o duchowym rozwoju. Wręcz przeciwnie, z jakiegoś powodu stale ląduje obok ludzi, których współczesny świat nazwałby emocjonalnie problematycznymi. Przy studni rozmawia z Samarytanką, kobietą żyjącą w relacyjnej ruinie, która miała pięciu mężów i kolejnego partnera, a jednak zamiast moralnego wykładu dostaje od Niego rozmowę tak intymną, że właściwie pierwszy raz ktoś widzi ją poza jej historią seksualną (Ewangelia Jana 4,1–26). W psychologii nazwano by to doświadczeniem bycia zauważonym bez redukcji do skutku własnych błędów. Człowiek przestaje być przypadkiem klinicznym własnego życia. Potem pojawia się Zacheusz, drobny kombinator finansowy współpracujący z okupantem, człowiek, którego wszyscy uczciwi obywatele nienawidzili prawdopodobnie z dużą satysfakcją moralną. Jezus nie urządza mu debaty o etyce podatkowej. Po prostu mówi: „dziś muszę zatrzymać się w twoim domu” (Łk 19,5). To niezwykle ciekawe, ponieważ większość ludzi zmienia się dopiero wtedy, kiedy przestaje walczyć o prawo do istnienia. Nie pod wpływem upokorzenia, lecz doświadczenia, że ktoś jeszcze nie przekreślił ich całkowicie. Religijni profesjonaliści tamtych czasów byli tym zgorszeni. I trudno im się dziwić. Człowiek bardzo szybko przywiązuje się do wizji świata, w której ciepły gest jest nagrodą za poprawne zachowanie. Tymczasem Jezus zachowywał się tak, jakby choroba moralna była bardziej powodem do wspierającej obecności niż do triumfu sprawiedliwych. Dlatego mówił rzeczy niemal nie do przyjęcia dla dobrze ułożonych ludzi: „Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają” (Mk 2,17). To zdanie brzmi prosto, ale zawiera ukrytą katastrofę dla ludzkiego ego. Ponieważ większość ludzi przez całe życie próbuje udowodnić, że należy do zdrowych. Nawet kiedy rozpadają się w środku, gdy ich relacje przypominają opuszczone mieszkania z nieodkręconym od miesięcy ogrzewaniem, gdy modlitwa dawno zamieniła się w recytację wykonywaną z uprzejmości wobec Boga. I być może dlatego współczesny człowiek tak często czuje duchowe zmęczenie. Nie, że jest zbyt grzeszny, raczej dlatego, że jest zbyt natarczywie zmuszony do zarządzania własnym wizerunkiem. Psychologia relacji od lat mówi o czymś, co Carl Rogers nazywał „bezwarunkową akceptacją”, doświadczeniem, w którym człowiek nie musi zasługiwać na możliwość bycia wysłuchanym. Rogers zauważył coś bardzo ewangelicznego: - ludzie zmieniają się szybciej wtedy, gdy przestają być nieustannie zawstydzani własną niedoskonałością. I dokładnie to robi Jezus. Nie mówi cudzołożnicy: „to było wspaniałe życie”. Mówi raczej: „Ja ciebie nie potępiam. Idź i odtąd już nie grzesz” (J 8,11). Najpierw dbałość o godność. Potem podpowiedź gdzie i z kim ruszyć w drogę. Nie odwrotnie. W religijnych systemach tworzonych przez ludzi zwykle działa to inaczej: najpierw popraw siebie, wtedy być może zostaniesz dopuszczony do stołu. Jezus odwraca kolejność. Najpierw zaprasza człowieka do stołu, ponieważ wie, że samotność produkuje jeszcze większy głód, większy chaos i większe autodestrukcje. Być może właśnie dlatego tylu ludzi szukających Boga nie potrafi Go znaleźć w świecie perfekcyjnych deklaracji i moralnych pokazów. Częściej odnajdują Go późnym wieczorem, po rozwodzie, utracie pracy i kolejnym ataku lęku, leżąc samotnie na łóżku o trzeciej w nocy z poczuciem, że własne życie zaczyna wymykać się spod kontroli. Bo Ewangelia wygląda momentami mniej jak konkurs świętości, a bardziej jak oddział ratunkowy dla ludzi, którzy już nie mają siły udawać, że wszystko działa, a ich anioł stróż wybrał się tylko na krótką delegację.