W internecie krąży wiele zdań udających mądrość. Jedne są jak ciastka z wróżbą: słodkie, lekkie i zapominane przed następną kawą. Inne zatrzymują człowieka na chwilę dłużej, ponieważ dotykają miejsca, o którym sam wolałby nie myśleć. Do tej drugiej kategorii należy myśl, - że to, czego unikamy konfrontacji, najbardziej potrzebuje uzdrowienia. Brzmi prosto. Nawet odrobinę banalnie. A jednak pod powierzchnią tych kilku słów kryje się coś, co od tysięcy lat opisują zarówno psychologowie, jak i autorzy biblijni, choć posługują się zupełnie innym językiem. Jedni mówią o mechanizmach obronnych, wyparciu i unikaniu doświadczenia. Drudzy opowiadają historie o prorokach uciekających przed własnym powołaniem, królach próbujących zagłuszyć sumienie oraz ludziach, którzy odkrywają Boga właśnie tam, gdzie najmniej chcieli zaglądać. Najbardziej zadziwiające pozostaje jednak to, że człowiek potrafi przez całe życie omijać jedną prawdę o sobie, a jednocześnie szczerze wierzyć, że jego cierpienie ma zupełnie inne źródło. Jesteśmy gatunkiem obdarzonym niezwykłą zdolnością komplikowania spraw prostych. Potrafimy przez lata analizować zachowania byłych partnerów, czytać horoskopy, oglądać filmy motywacyjne, słuchać podcastów o szczęściu i pisać długie wiadomości do przyjaciół, podczas gdy rozwiązanie często siedzi spokojnie w tym jednym pokoju naszego życia, do którego nie chcemy wejść. Drzwi pozostają zamknięte. To tam zwykle mieszka smok. Psychologia od dawna opisuje zjawisko unikania jako mechanizm, który przynosi krótkotrwałą ulgę za cenę długotrwałego cierpienia. Człowiek bojący się odrzucenia unika bliskości. Ktoś sparzony porażką odkłada działanie. Osoba zmagająca się z lękiem zaczyna organizować swoje życie wokół omijania wszystkiego, co mogłoby ten lęk uruchomić. Przez chwilę rzeczywiście robi się łatwiej. Problem polega na tym, że lęk interpretuje ucieczkę jako potwierdzenie własnej słuszności. Jeżeli uciekłeś, to znaczy, że zagrożenie było realne. W ten sposób smok rośnie. Nie dlatego, że jest potężny. Rośnie dlatego, że codziennie oddajemy mu kawałek własnej przestrzeni. Współczesna psychoterapia, zwłaszcza nurt poznawczo-behawioralny oraz terapie oparte na akceptacji doświadczenia, opiera się między innymi na odkryciu, które dla wielu ludzi brzmi niemal paradoksalnie: - drogą do wolności nie jest skuteczniejsze unikanie bólu, lecz stopniowe uczenie się jego obecności. Jak pisał szwajcarski psychiatra Carl Gustav Jung: „To, czemu się opierasz, trwa”. Źródło tego cytatu bywa różnie przytaczane, jednak dobrze oddaje zasadę obecną w całej jego myśli psychologicznej. Biblia dochodzi do podobnych wniosków inną drogą. Jonasz nie chciał konfrontacji z własnym powołaniem. Wsiadł na statek płynący dokładnie w przeciwnym kierunku niż ten, który wskazał mu Bóg. Historia jest tak ludzka, że aż współczesna. Nie ma znaczenia, czy uciekamy do Tarszisz, w pracę, kolejne związki, nadgodziny czy niekończące się przewijanie telefonu. Mechanizm pozostaje ten sam. Prorok odkrywa ostatecznie, że problem nie płynął za nim przez morze, - płynął w nim, czyli z nim. Podobnie wygląda nocna walka Jakuba nad potokiem Jabbok. Tekst biblijny opisuje tajemnicze zmaganie z nieznanym przeciwnikiem, które kończy się błogosławieństwem, lecz także raną. Jakub odchodzi odmieniony, ale utyka już do końca życia. Niektórzy bibliści widzą w tej scenie symboliczną konfrontację człowieka z własną historią, winą, lękiem i Bogiem jednocześnie. Cokolwiek wydarzyło się tamtej nocy, jedno pozostaje pewne: przemiana nie nastąpiła podczas ucieczki. - Przyszła podczas zmagania. Jeszcze bardziej przejmująco brzmią słowa Dawida z Psalmu 32: „Dopóki milczałem, schnęły kości moje” (Ps 32,3, Biblia Tysiąclecia). Nie jest to język teologii systematycznej. To język człowieka, który doświadcza czegoś, co współczesny psycholog mógłby nazwać psychicznym kosztem tłumienia prawdy. Dawid nie opisuje jedynie grzechu. Opisuje ciężar życia prowadzonego w rozszczepieniu między tym, co wie o sobie, a tym, co próbuje ukryć. Właśnie dlatego Jezus tak często kierował ludzi ku prawdzie, nawet wtedy, gdy była bolesna. Rozmowa z Samarytanką przy studni nie zaczyna się od pocieszenia. Zaczyna się od dotknięcia miejsca, które kobieta starała się omijać. Nie po to jednak, by ją zawstydzić. Chrystus nie działa jak prokurator szukający dowodów winy, tylko jak lekarz, który wie, że leczenie rozpoczyna się od właściwej diagnozy. *** W świecie, który uczynił komfort jedną z najważniejszych wartości, podobna perspektywa wydaje się niemal rewolucyjna. Przyzwyczailiśmy się sądzić, że dobre życie polega na eliminowaniu wszystkiego, co wywołuje dyskomfort. Tymczasem największe ludzkie przemiany bardzo rzadko dokonują się w strefie wygody: - Miłość wymaga ryzyka. - Przebaczenie potrzebuje odwagi. - Pojednanie chce pokory. Wiara wymaga wejścia na teren, którego nie da się dokładnie zmierzyć ani zabezpieczyć. Dlatego ilustracja przedstawiająca kobietę wyciągającą rękę ku smokowi jest bardziej trafna, niż mogłoby się wydawać. Najważniejsze nie jest bowiem to, że smok jest ogromny. Znacznie ważniejsze okazuje się to, że nie atakuje. - Czeka. Jak wiele rzeczy w naszym życiu: Niewypowiedziana żałoba. Dawna krzywda. Rozpad związku. Wstyd. Samotność. Strach przed odrzuceniem. Poczucie winy. Każda z tych rzeczy cierpliwie czeka, aż przestaniemy obchodzić ją szerokim łukiem. Nie dlatego, że chce nas zniszczyć, ale, że domaga się prawdy, a ta, choć potrafi boleć, pozostaje jedynym miejscem, w którym możliwe jest uzdrowienie. Można przeżyć całe życie, budując coraz bardziej skomplikowane systemy omijania własnych ran albo pewnego dnia zatrzymać się przed smokiem, który od lat rzuca cień na krajobraz naszego wnętrza, i odkryć ze zdumieniem, że nie był strażnikiem śmierci, tylko strażnikiem drzwi. - A po drugiej stronie od dawna czekało życie.