W dzieciństwie byłem przekonany, że miłość to coś, co się zarabia. Jak punkty lojalnościowe w supermarkecie. Im więcej miłych gestów, tym większa szansa na pluszowego misia albo „kocham cię” bez ale. A jeśli nie dostajesz nic - to znaczy, że coś robisz źle. Więc starałem się bardziej. Znałem dzieci, które potrafiły rozbić wazon i dostać uścisk. Ja rozlałem sok i widziałem w oczach ojca rozczarowanie większe niż plama. Zrozumiałem, że nie wystarczy być. Trzeba zasłużyć. Zostałem więc dobry. Zostałem grzeczny. Zostałem tym, który zawsze pamięta, ale nie jest pamiętany. I w tym właśnie rzecz: przez lata kochałem jak księgowy. Rozliczałem siebie i innych. Przysługami. Obecnością. Ciszą. I miałem listę - o, miałem! Kto kiedy oddał, kto się nie postarał, kto powiedział „kocham”, ale bez znaku zapytania. Aż w końcu przeczytałem coś w Biblii. Nie „kocha się po coś”. „Miłość nie pamięta złego”. Nie czeka na wzajemność jak na pizzę z opóźnieniem. Nie pisze „naprawdę mi zależy”, żeby usłyszeć „mnie też”. Kocha. Bo tak. Bo potrafi. Bo się nie boi być zraniona. I wtedy przypomniałem sobie Jezusa. Wieczerza. Dwunastu chłopa. Jeden zdradzi, drugi się wyprze, reszta ucieknie. A On - łamie chleb. Daje wino. Myje nogi. I nie mówi: „Macie to docenić!”. Po prostu kocha. Nie po coś. Kocha kogoś. Zrozumiałem wtedy coś prostego i przerażającego: - jeśli kochasz naprawdę, przestajesz oczekiwać, że druga osoba cię naprawi. Bo wiesz, że to nie jej robota. Kochać - to nie projektować kogoś na miarę swoich braków. To stać obok. Z własnymi. I nie uciekać. Jak napisał Italo Calvino: „Miłość jest tym, co pozostaje, kiedy zapominasz, że coś ci się należy”. Więc dziś postanowiłem nie upominać się o nic. Nie czekać na SMS-a. Nie odczytywać tonu wiadomości jak wróżby z fusów. Nie traktować „nie mogę być z tobą tak, jak byś chciał” jako dowodu odrzucenia, tylko jako prawdę, którą też trzeba umieć kochać. I może najważniejsze: Postanowiłem nie oczekiwać, że ktoś pokocha mnie tak, jak ja nie umiem pokochać siebie. Bo nie zaczyna się miłości od innych. Zaczyna się od tego, że pewnego dnia stajesz przed lustrem i nie mówisz „muszę się zmienić”. Tylko: „Jestem tu. I już zasługuję”. To dopiero rewolucja. Nie gesty. Nie deklaracje. - Obecność. Nie kocha się po coś. Kocha się kogoś. Kocha się, bo serce nie ma klucza - ma drzwi. I może dziś warto je uchylić. Nie po to, żeby ktoś wszedł i został. Ale żebyś sam w końcu wszedł. Do siebie. Z herbatą. Z łagodnością. I powiedział: - Nie wiem, co będzie. Ale dziś jesteś wystarczający.