W czasach Jezusa stół nie był meblem ale… deklaracją. Nie jadało się z każdym. Wspólny posiłek oznaczał zgodę na czyjąś obecność w twoim świecie. Jeśli ktoś siedział przy twoim stole, znaczyło to: nie jesteś dla mnie obcy i jesteś… ważny. Ludzie ze sobą rozmawiali. (Prawda, może im było łatwiej bo nie mieli tv i smartfonów). Dlatego scena z Ewangelii wywołuje taką reakcję. „Jezus siedzi z celnikami i grzesznikami” (Mk 2,15). To skandal obyczajowy. Celnicy byli ludźmi podejrzanymi. Współpracowali z okupantem. Pieniądze przechodziły przez ich ręce, a sumienia przez lata uczyły się kompromisów. Nikt rozsądny nie budował z nimi przyjaźni. A jednak Jezus siada z nimi przy stole. Pytanie pada natychmiast: - dlaczego z nimi jesz? Bo jedzenie razem oznaczało coś bardzo konkretnego: uznanie obecności drugiego człowieka. Jezus odpowiada zdaniem spokojnym: „Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają” (Mk 2,17). To zdanie można czytać jako komentarz religijny. Można też usłyszeć w nim coś bardziej osobistego. Człowiek lubi stoły uporządkowane. Takie, przy których nie trzeba się tłumaczyć. Gdzie każdy zna zasady i nikt nie przypomina o sprawach, których wolałoby się nie dotykać. Układnie. Tymczasem Jezus wchodzi w miejsca, gdzie historia człowieka nie jest czysta. Zacheusz jest jednym z takich ludzi. Ma pieniądze, ale nie ma dobrej reputacji. Gdy Jezus mówi: „dziś zatrzymam się w twoim domu” (Łk 19,5), w mieście pojawia się szmer. Bo dom oznacza stół. A stół oznacza wspólnotę. W środku człowieka jest podobny mechanizm. Każdy ma obszary, które dopuszcza do światła. I takie, które zostawia na zewnątrz. Część historii, o której mówi się bez oporu. I część, która zostaje zamknięta. Najczęściej nie dlatego, że ktoś jest zły. Raczej dlatego, że wstyd bywa zbyt ciężki do uniesienia. Jezus nie zaczyna od porządków. Najpierw wchodzi do domu. To zmienia dynamikę. Bo gdy ktoś zostaje przyjęty, łatwiej zobaczyć siebie uczciwie. Zacheusz sam z siebie mówi: - oddam to, co zabrałem (Łk 19,8). Nikt go do tego nie zmusza. Wielki Post często kojarzy się z ograniczeniami. Postem i dyscypliną. A może zaczyna się wcześniej? Od pytania: - kogo dopuszczasz do swojego stołu? I jeszcze trudniejszego: - kogo w środku siebie wciąż nie dopuszczasz do miejsca, gdzie można usiąść bez udawania? - Z kim zasiadamy do wielkanocnej biesiady? To jasne, że z tymi, których kochamy. To konkretna deklaracja przynależności. A Zacheusz? Siedzi samotnie na figowcu i patrzy, jak malujemy pisanki.