- Uważne słuchanie jest miłością w działaniu. Brzmi to jak coś, co mogłoby być wydrukowane na kubku terapeuty albo wypisane pastelowym mazakiem na kartonie przypiętym do korkowej tablicy w kuchni kogoś, kto hoduje aloesy i tęskni za kimś, kto nie odbiera telefonu od trzech dni. Ale im dłużej żyję, tym bardziej wierzę, że Morgan Scott Peck miał rację. Bo co to właściwie znaczy - uważnie słuchać? To znaczy, że kiedy ktoś mówi, nie przeglądasz w tym czasie mentalnie listy zakupów. Że nie czekasz tylko, aż skończy, żeby móc błysnąć swoją anegdotą o tym, jak kiedyś też cię coś bolało, ale przeszło. To znaczy, że bierzesz jego słowa i układasz je delikatnie na wewnętrznej półce, obok własnych ran, jakby były porcelanowe. I nawet jeśli połowa z nich to żal, a druga połowa to milczenie, to ty wciąż jesteś tam, cały, z otwartymi uszami i zamkniętym ego. Uważne słuchanie to siedzenie obok kogoś w ciemności, bez potrzeby zapalania światła. To znaczy: nie poprawiasz, nie naprawiasz, nie prostujesz mu życia, nie stawiasz diagnoz. Jesteś. I tylko tyle. A może aż tyle. Zwykle to robią dzieci. Te małe. Kiedy patrzą na ciebie z otwartą buzią i oczami jak okna bez firanek. Albo psy. Psy są świetne w miłości przez słuchanie. A potem dorastamy. I uczymy się mówić. Głośno. - Przekonująco. - Wielokrotnie. Ale zapominamy słuchać. Bo słuchanie wymaga rezygnacji. Z przewagi. Z racji. Z ostatniego słowa. A może właśnie w tym cała tajemnica - że miłość nie zaczyna się tam, gdzie się mówi “kocham”, ale tam, gdzie się mówi: - jestem tu. Mów. Mam czas.