To zwykle nie zaczyna się od wielkich katastrof. Raczej od drobnych pęknięć, które zbierają się w środku jak woda pod podłogą mojego domu, gdy ulewa trwa bez końca. Najpierw coś nie wychodzi. Potem kolejne „jeszcze spróbuj”. Aż w końcu orientujesz się, że nie masz już języka, którym mógłbyś siebie pocieszyć. Że wszystkie zdania motywacyjne brzmią jak obcy dialekt. Psychologia mówi: wyczerpanie zasobów. Człowiek przez lata uczy się, że jego wartość leży w sprawczości. W działaniu. W kontroli. A potem przychodzi moment, w którym organizm przestaje współpracować. Układ nerwowy mówi: nie. Nie dlatego, że jesteś słaby. Dlatego, że byłeś silny za długo. To jest ta chwila, której nikt nie pokazuje na plakatach. Moment, gdy przestajesz walczyć, bo już nie wiesz, o co dokładnie walczysz. Gdy siadasz na ziemi, dosłownie albo wewnętrznie, i nie podnosisz się od razu. *** Biblia nie idealizuje tego miejsca. Nie nazywa go „czasem wzrostu” ani „lekcją”. Często nazywa je pustynią (por. Wj 16; Powt.) Pustynia to nie kara. To przestrzeń, w której nic nie da się przyspieszyć. Izraelici byli silni w Egipcie tylko jako siła robocza. Na pustyni nie mieli planu, armii ani mapy. Mieli tylko dzień, noc i pytanie: - czy dziś będzie manna? (por. Wj 16,4-5; Wj 16,19-20). Psycholog powiedziałby: radykalne odebranie iluzji kontroli. Biblia mówi: uczenie się zaufania w trybie dobowym (por. Pwt 8,2-3). Bo moc człowieka działa w przyszłości. Planuje. Projektuje. Zabezpiecza. A Bóg w Biblii działa niemal obsesyjnie w „dzisiaj”. „Dosyć ma dzień swojej biedy” (Mt 6,34). Nie dlatego, że jutro będzie łatwiejsze. Tylko dlatego, że człowiek nie jest stworzony do dźwigania wszystkiego naraz samotnie. *** Najbardziej przejmujące momenty w Piśmie nie dzieją się wtedy, gdy ktoś wygrywa. Dzieją się wtedy, gdy ktoś mówi: - nie mam już nic. Paweł nie odkrywa Boga w sukcesie misyjnym, tylko w cierniu, który nie znika (por. 2 Kor 12,7-10). „Moc bowiem w słabości się doskonali” (2 Kor 12,9). Jezus nie objawia Ojca w cudach, tylko w agonii, gdy pot spływa jak krew (por. Łk 22,44). I tam nie ma triumfalnych zdań. Jest modlitwa, która brzmi jak psychologiczny raport z załamania: „Dusza moja jest smutna aż do śmierci” (Mk 14,34). To jest moment, w którym pęka najgłębsze kłamstwo o sile: - że musisz być wystarczający dla każdego. *** Psychologia mówi dziś coraz odważniej: uzdrowienie zaczyna się nie wtedy, gdy wraca kontrola, ale gdy wraca poczucie bezpieczeństwa (por. koncepcje regulacji układu nerwowego, teoria poliwagalna - S. Porges). A bezpieczeństwo nie rodzi się z mocy. Rodzi się z obecności. I tu te dwa światy, psychologii i Biblii, spotykają się w jednym punkcie. Człowiek nie zdrowieje dlatego, że odzyskał ster. Zdrowieje, bo ktoś przy nim usiadł. Bóg w Biblii nie jest menedżerem kryzysowym. Jest Tym, który zostaje, gdy wszystko inne się wycofało (por. Ps 23,4; Iz 43,2; Mt 28,20). Moc człowieka pyta: jak z tego wyjść? Moc Boga pyta: - czy pozwolisz Mi tu z tobą zostać. I może dlatego bezradność jest tak bolesna. Bo ona obnaża fakt, że nigdy nie byliśmy tak samowystarczalni, jak nam się wydawało. Ale jednocześnie odsłania coś jeszcze trudniejszego do przyjęcia: - że nie musimy tacy być. Na końcu nie ma wielkiego wniosku. Jest raczej ciche przesunięcie akcentów. Nie: - ja i Bóg. Nie: - Bóg zamiast mnie. Tylko: - ty, ja, człowiek, który wreszcie przestał udawać, że jest Bogiem.
To zwykle nie zaczyna się od wielkich…
To zwykle nie zaczyna się od wielkich katastrof. Raczej od drobnych pęknięć, które zbierają się w środku jak woda pod podłogą mojego domu, gdy ulewa trwa bez końca. Najpierw coś nie wychodzi. Potem kolejne „jeszcze…

Komentarze
Nie ma jeszcze opublikowanych komentarzy.
Chcesz dołączyć do rozmowy? Zaloguj się lub załóż konto.