To zaczęło się od kobiety, która zbyt często patrzyła na księżyc. Miała na imię Julianna i była zakonnicą w belgijskim Liège, ale nie taką jak z malowideł. Prawdziwą. Miewała migreny, znała ciszę aż do bólu i czasem, nocą, rozmawiała z Bogiem w taki sposób, jak się rozmawia z kimś, kto od dawna nie odpisał, ale wciąż się wierzy, że przeczytał. W jednej z takich nocy zobaczyła księżyc - okrągły, blady i z ciemną plamą. Jakby coś ważnego w Kościele nie zostało jeszcze nazwane. Coś pominięto. Coś, co powinno być światłem, a wciąż było cieniem. Bóg - jak to On - nie mówił wprost. Nie szeptał do ucha, nie wyświetlał napisów na niebie. Ale Julianna zrozumiała. Brakuje światła. Takiego, które nie będzie wspomnieniem męki, jak Wielki Czwartek, ale czystą adoracją. Pokłonem przed Tajemnicą, która smakuje jak chleb, pachnie jak życie, a wygląda tak, że można ją pomylić z ciszą. Minęło trochę czasu. Duchowni nie byli zachwyceni. Zresztą - kiedy są? Ale jeden się przejął. Biskup Robert. Potem jeszcze papież Urban IV, który znał Juliannę osobiście (bo świat bywa mniejszy niż komnata zakonna). A potem - cud w Bolsena. Hostia, która zakrwawiła obrus. Może to był znak, może dramatyczna potrzeba wiary. A może po prostu - łaska. I tak w 1264 roku papież ogłosił święto. Nie jako coś spektakularnego, ale jako odpowiedź na cichą potrzebę. Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi. Boże Ciało. Chleb i Krew. Dla ludzi, którzy wciąż gubią się w słowach, ale chcą wierzyć. *** To dzieje się co roku. Czerwcowy czwartek. W Polsce - dzień wolny od pracy, co samo w sobie ma w sobie coś z cudu. Ludzie wychodzą z domów, dzieci sypią płatki róż, staruszki trzymają litanie w zmiętych dłoniach. Ksiądz niesie monstrancję pod baldachimem, a między blokami, sklepami, chodnikami - przechodzi Bóg. Ukryty w kawałku białego chleba. I to jest właśnie sedno. Bo On nie przychodzi w huku trąb, nie objawia się w pierścieniach satelitów. Przychodzi jak w Ewangelii: cicho, między ludźmi, niesiony przez tych, którzy drżą, potykają się, czasem nie wiedzą nawet, czy naprawdę wierzą. Ale idą. Boże Ciało to nie pokaz mocy. To pokaz obecności. Niektórzy mówią: „Procesja to teatr”. Może. Ale jeśli teatr, to ten najpiękniejszy - w którym aktorzy są jednocześnie widzami, a scenografia to ich własne ulice. Gdzie Pan Bóg zgadza się iść po betonie, który dzień wcześniej ktoś opluł. Gdzie monstrancja odbija się w oknach salonu fryzjerskiego i w oczach niewierzących, którzy właśnie wyszli na papierosa. A On idzie dalej. Nie zrażony. Bo taka jest Jego miłość - nie na pokaz, tylko na codzienność. Czasem idzie obok kobiety, która całe życie opiekowała się innymi, a teraz nikt nie chce odwiedzić jej w bloku na czwartym piętrze. Czasem obok mężczyzny, który zrobił głupstwo i nie może już przystąpić do komunii - ale wciąż czuje, że Bóg nie odszedł. Czasem obok dziecka, które jeszcze nie rozumie, ale już coś w nim drży, jakby serce rozpoznało Obecność. Nie trzeba rozumieć. Trzeba tylko nie uciec. Boże Ciało mówi nam: On tu jest. Wśród spoconych, zmęczonych, zagubionych. Wśród tych, którzy śpiewają z przekonaniem, i tych, którzy tylko mruczą, żeby nie wypaść z rytmu. On żyje - nie tylko w katedrach, ale też w tych małych, pokrzywionych altankach z czterema ołtarzami. Jest w kobiecie, która całe życie gotowała innym, a dziś czeka, aż ktoś poda jej herbatę. Jest w mężczyźnie, który zawalił wszystko, ale nadal potrafi powiedzieć: „Wierzę, pomóż mojej niewierze”. Boże Ciało to święto Boga, który nie ma pretensji, że jesteś słaby. Który przychodzi nawet wtedy, gdy już nie potrafisz się modlić, ale jeszcze umiesz iść. Krok za krokiem. Z innymi. Za Nim. I może właśnie o to chodzi - żeby zrozumieć, że On nie przychodzi do doskonałych. Przychodzi do mnie. Do katolików, ateistów, protestantów, muzułmanów. I w mojej samotności, desperacji, niedoskonałości. Nawet, kiedy wątpię.
To zaczęło się od kobiety, która zbyt…
To zaczęło się od kobiety, która zbyt często patrzyła na księżyc. Miała na imię Julianna i była zakonnicą w belgijskim Liège, ale nie taką jak z malowideł. Prawdziwą. Miewała migreny, znała ciszę aż do bólu i czasem,…

Komentarze
Nie ma jeszcze opublikowanych komentarzy.
Chcesz dołączyć do rozmowy? Zaloguj się lub załóż konto.