To zabawne, jak często myślimy, że radość jest czymś, co przychodzi wtedy, gdy wszystko działa jak trzeba: - praca stoi jak mur z betonu, zdrowie chodzi jak w zegarku, a w domu nikt nie rzuca kubkami. A potem otwierasz List do Filipian i patrzysz: Paweł pisze o radości z celi więziennej. W sensie: prawdziwej celi. Rzymskiej. Z ciężkimi drzwiami i strażnikiem, który prawdopodobnie wolałby być wszędzie indziej. A jednak Paweł mówi: - Radujcie się. Nie „kiedy wyjdę”. Nie „jak wam się poprawi sytuacja finansowa”. Nie „jak przestanie boleć”. On mówi: - teraz. I to jest właśnie moment, ten, w którym nagle widzisz, że radość nie jest luksusem na niedzielny poranek, ale czymś w rodzaju mięśnia w środku duszy. Musisz go ćwiczyć, nawet gdy życie wygląda jak lodówka z przeterminowaną musztardą i jeszcze z czymś co cuchnie, ale nie potrafimy tego nazwać. *** Paweł dodaje jeszcze jedną rzecz: zamiast się martwić… módlcie się. Brzmi prawie jak rada babci, tylko bardziej precyzyjna. I w tym wszystkim jest coś czułego: jeśli przyniesiesz Bogu swoje roztrzęsione nerwy i powiesz „proszę, trzymaj”, On nie tylko to trzyma, On pozwala ci oddychać. I nagle w środku robi się cicho. Nie dlatego, że sprawy magicznie się naprawiły, ale dlatego, że ktoś większy niż twoje lęki stoi obok. A potem Paweł robi listę. Taką zwyczajną, prawie jak lista rzeczy, które powinieneś kupić w sklepie, tylko: - zamiast „masła” masz „pokój Boży”, - zamiast „mąki” - „łaskę”, a na końcu: - „nic nie może nas oddzielić od miłości Boga”. I myślisz: gdyby każda lista zakupów tak wyglądała, życie byłoby znośniejsze. I tu właśnie zaczyna się praktyka: usiądź dziś na chwilę. Nie próbuj robić atmosfery jak w reklamie świec zapachowych. Po prostu usiądź. Zrób listę: - Co Bóg już zrobił? - Co w tobie ocalił? - Co wyciągnął z ognia, zanim sam zorientowałeś się, że pali ci się pod nogami? Jakie Jego cechy cię trzymają: dobroć, wierność, dziwna, uparta miłość, która nie spuszcza z ciebie wzroku? Zrób tę listę, jakbyś robił to dla kogoś, kto ma jutro ciężki dzień, bo to jesteś ty. A potem podziękuj. Nie perfekcyjnie. Nie za długo. Po swojemu. I rób to codziennie, aż wdzięczność stanie się twoim nowym odruchem. Bo radość nie jest nagrodą za dobre warunki. - Jest praktyką. - Jest decyzją. - Jest odpowiedzią. A kiedy już to wyćwiczysz, naprawdę, pokój Boży zaczyna pilnować twojego serca i umysłu, jak najlepszy strażnik w historii strażników. I nagle okazuje się, że nawet w najtrudniejszych chwilach… nie jesteś sam.