To nie jest kwartet Mozarta. To raczej czterech wujków opowiadających ci o tej samej prababci - jeden był z nią blisko, drugi znał ją tylko z opowieści, trzeci miał z nią otwarty konflikt, a czwarty po prostu chciał, żeby wszyscy się w końcu pogodzili. Nie ma jednego głosu. Jest polifonia. Albo - jak w mojej rodzinie - hałas przy stole, gdzie każdy mówi, bo wszyscy się boją, że nikt nie wysłucha. Ale to właśnie w tym hałasie czasem rodzi się coś prawdziwego. Tak jest z Ewangeliami. Cztery różne świadectwa, cztery różne światła rzucane na tę samą tajemnicę. Każda brzmi inaczej, bo każda została napisana przez człowieka, który przeżył Boga inaczej - inaczej Go doświadczył, inaczej się do Niego modlił, inaczej upadł, inaczej został podniesiony. Bóg - Trójjedyny, a więc sam w sobie wspólnotowy - od początku jest gotowy na różnice. Inaczej wziąłby nas wszystkich do nieba po jednej modlitwie, zamiast pozwolić pisać cztery różne książki o tym samym pogrzebie, który zamienił się w początek. I może właśnie dlatego jest to tak święte - bo różnorodność nie tylko nie przekreśla prawdy, ale ją otwiera, rozszerza, czyni bardziej ludzką, bardziej możliwą do przyjęcia. Tak jak różne liturgie w Kościele - rzymska, bizantyjska, koptyjska, ewangelicka i ta nasza, starokatolicka - bo to ten sam Chleb, ten sam Bóg, ta sama miłość, która karmi człowieka, by nie oszalał z samotności. *** Spójności i niespójności nie są błędem - są znakiem. Ewangelie się nie zszywają w jedną narrację jak komputerowy kod. Raczej przypominają cztery opowieści, które czasem się krzyżują, czasem sobie przeczą, a czasem - dziwnie do siebie pasują, ale jakby przez przypadek. Dla niektórych to powód, by odrzucić wiarę - ale może dla nas to raczej zaproszenie, by wyjść z naiwności. Bo Pismo Święte nie jest zapisanym stenogramem z nieba. Jest opowieścią ludzi, którzy Go spotkali i którzy - jak każdy z nas - czasem pamiętali nie to, co najważniejsze, tylko to, co poruszyło serce. Mnie niespójność umacnia. Skoro nawet święte teksty się nie zgadzają, to może i nasze życie nie musi być idealnie ułożone, żeby było święte. Może właśnie ta chwiejność - ta mama na obcasach po winie - jest prawdziwym świadectwem, że chodzimy po wodzie, lecimy w chmurach (jak ja wczoraj) chociaż wciąż się boimy utonąć albo runąć na twarz. *** Gdzie jest Jan? Piotr biegnie do grobu Jezusa. Jan nie istnieje. I wszystko jest w porządku? Teologowie powiedzieliby: Łukasz milczy, bo pisze dla wspólnoty poganochrześcijańskiej, której bliżej do Piotra niż do Jana - do działania, do głoszenia, do konkretu. Ale może jest tu coś więcej. Może Jan nie zniknął, tylko się ukrył - jak nasze serce, gdy wchodzimy w Kościół i nie wiemy, czy to miejsce ma dla nas miejsce. Może jesteś Janem, który nie został zauważony. Może jesteś Piotrem, który biegnie na oślep. A może jesteś jednym i drugim - w zależności od dnia, światła, nastroju. W Kościele jest miejsce i dla tego, który rozumie, i dla tego, który tylko kocha. Bo Jezus nie wybrał tylko Piotra. Zabrał ich obu - i Piotra, i Jana - na górę Przemienienia. I do Ogrodu Getsemani. Choć jeden spał, a drugi nie rozumiał, wszyscy byli potrzebni. *** Piotr - figura wspólnoty. Jan - figura tęsknoty. Piotr buduje - Jan czuje. Piotr głosi kazania - Jan pisze Ewangelię, która zaczyna się nie od faktów, ale od światła: „Na początku było Słowo…”. Piotr dostaje klucze - Jan dostaje matkę Jezusa. Jeden staje na ambonie, drugi pod krzyżem. Czy któryś z nich jest lepszy? Nie. Po prostu są inni. W naszych zborach wciąż to napięcie jest żywe. Jedni chcą struktur - inni mistyki. Jedni mówią: „trzeba się spowiadać”, inni: „trzeba kochać”. Jedni patrzą na zegarek, drudzy patrzą na dłonie. Ale cud zaczyna się wtedy, gdy ci wszyscy różni, spięci, niepewni, umęczeni sobą ludzie siadają przy jednym stole - Eucharystii - i mówią: „kochamy tego samego Mistrza”. To nie zgoda strukturalna buduje Kościół, ale miłość do Jezusa, która pozwala nam być różnymi - i nie zabijać się nawzajem cytatami z Biblii i Katechizmu. *** Jan daje serce, Łukasz daje struktury. Jak psalm i dekret. Jak fotografia i kodeks ruchu drogowego. Oba potrzebne. Problem w tym, że my chcielibyśmy jednego modelu, jednej odpowiedzi, jednego sposobu. Ale Bóg nie lubi jednowymiarowości. I nie da się zamknąć w jednej definicji. Tak jak miłość - nie da się jej zredukować do słów „kocham cię” ani do samego prania i gotowania. Potrzebuje i słowa, i czynu. Tak samo Kościół - potrzebuje i Łukasza, i Jana. *** Gdy pytasz: „Dlaczego Jan nie biegnie z Piotrem?”, pytasz też: „Czy moje emocje mniej znaczą, jeśli inni ich nie widzą?”. A może pytasz: „Czy wolno mi czuć, że tęsknię, że się boję, że nie pasuję?”. Codzienność w Kościele nie zawsze odpowiada na to pytanie. Czasem słyszysz, że masz się „ogarnąć duchowo”, „nie histeryzować”, „zrobić rachunek sumienia i do spowiedzi”. - Ale gdzie wtedy miejsce na łzy? Na niewiedzę? Na „nie wiem, czy On mnie kocha”? Gdzie miejsce na człowieka, który siedzi w ławce i patrzy w krzyż, i nie umie się modlić, tylko oddycha? Może Jan nie biegnie, bo już tam był. Albo dopiero idzie. Może czeka na ciebie, żebyście poszli razem. *** Bóg przewrócił porządek śmierci - i zrobił to po cichu, przy pustym grobie. Nie spektakularnie. Nie jak reżyser od efektów specjalnych. Po prostu… nie było Go tam. I ktoś się zdziwił. I ktoś inny zapłakał. A potem ktoś powiedział „Rabbuni” i wszystko zaczęło się od nowa. To jest dobra nowina. Że Bóg nie potrzebuje idealnych scenariuszy. Że zaczyna od miejsca, gdzie nikogo nie ma. Od ciszy. Od pustki. Od grobu. Jakby mówił: „Tu cię spotkam. Gdy nie masz już nic. Gdy nie wiesz. Gdy siedzisz w aucie i płaczesz do kierownicy. Gdy nie umiesz się pomodlić, ale przynajmniej się nie poddałeś”. To jest Ewangelia naszych czasów. W świecie danych, wykresów i niekończących się opinii - Bóg mówi: „Zobacz pusty grób. I daj się zdziwić.” *** Cztery Ewangelie. Cztery punkty widzenia. Jeden grób. I zaskoczenie. To nie wszystko się musi zgadzać. To wszystko musi żyć. A życie nie znosi symetrii. Rozmazuje się, przecieka przez palce, wymyka schematom. Ale to właśnie w tym chaosie, w tym ludzkim potknięciu, w tym zdaniu niedokończonym - Bóg może napisać coś więcej. Czasem najlepsze modlitwy zaczynają się od „nie wiem, czy mnie słyszysz, ale…”. Więc żyj. Nie idealnie. Nie bezbłędnie. Ale blisko. Żyj jak Jan - jeśli kochasz bardziej niż rozumiesz. Żyj jak Piotr - jeśli wierzysz, choć się boisz. Żyj jak Łukasz - jeśli chcesz uporządkować choć kawałek świata. Ale przede wszystkim - żyj z Nim. Blisko. Choćby szeptem. Choćby krzykiem. Choćby niczym. Bo Jego obecność daje sens pustce i samotności. A co dalej? Potem sam zobaczysz… JESTEM prowadzi do drugiego człowieka… I… kochaj. Nie bój się kochać. - Do ostatniego oddechu! *** ~ Moim wspaniałym Parafianom z Mogilan i Bielska-Białej. I każdemu Kościołowi Domowemu. - Niezwyczajnym. W Nim,
To nie jest kwartet Mozarta
To nie jest kwartet Mozarta. To raczej czterech wujków opowiadających ci o tej samej prababci - jeden był z nią blisko, drugi znał ją tylko z opowieści, trzeci miał z nią otwarty konflikt, a czwarty po prostu chciał,…

Komentarze
Nie ma jeszcze opublikowanych komentarzy.
Chcesz dołączyć do rozmowy? Zaloguj się lub załóż konto.