To miało być zwykłe nabożeństwo dopóki, tuż przed Wieczerzą Pańską, przyszła myśl: - czy to nie jest absurdalne, że największy z możliwych, nieskończony, bez kształtu i formy Bóg, miałby się ukryć w winie? Albo dokładniej: w czymś, co jeszcze kilka minut wcześniej leżało w beczce, a wcześniej kisiło się w kadzi, a jeszcze wcześniej winogrona, sok, fermentacja, zapach roboty? Czy Boga można tam zamknąć? Czy On się daje zamknąć? I zaraz po tym pojawił mi się obraz tabernakulum, złotej klatki w której ludzie trzymają Boga. Znasz ją. To ta sama klatka, w której próbujemy trzymać świętość zamkniętą, wypolerowaną, do pokazywania. Bóg w tabernakulum. Bóg w kielichu. Bóg w moim wyobrażeniu. Bóg mój. Nie twój. Mój. Nie rusz. Ale czy to naprawdę Bóg, czy może tylko nasza potrzeba porządku, zamknięcia, kontroli? Bo Bóg, a przecież jest wielki i wszechmogący - nie mieści się w klatce, nawet tej ze złota, nawet tej z dogmatu, nawet tej z mszału, z ciszy, z kadzidła. Tak czy nie? On przecież, jeśli dobrze czytam Ewangelię, wchodził tam, gdzie cuchnęło, a nie tam, gdzie pachniało mirrą. Ale my ciągle próbujemy. Bo tak bezpieczniej. Zamknijmy Go. Przypnijmy do rytuału. Dajmy Mu godzinę w niedzielę i post w piątek. Niech siedzi cicho. Niech nie wychodzi z klatki. Bo kiedy wychodzi, dzieją się rzeczy trudne. Zaczynają się pytania. A my wolimy mieć odpowiedzi. Bo kiedy Bóg wychodzi z klatki, może pojawić się właśnie… w winie. W rozmowie z samotnym człowiekiem, który od lat nie był w kościele. W westchnieniu kobiety, która utraciła dziecko. W nocy, kiedy zasypiasz obok kogoś, kogo kochasz i nie jesteś pewien, czy jesteś wystarczający. Bo Bóg nie jest własnością religii. Jest życiem. Pragnieniem. Obecnością, która nie daje się zakuć w liturgiczne sztućce. Może właśnie dlatego wybrał wino. Bo wino się rozlewa. Ma zapach. Wchodzi do głowy. Rozwiązuje języki. Rozgrzewa serce. Nie da się go trzymać na zapas w złotej skrzynce. Pijesz i… go nie ma? A jednak zostaje coś więcej. Tak samo z Bogiem. Może dlatego chodzi o wino, o chleb, a nie o złoto. *** Czasem mam wrażenie, że Bóg przyszedł do nas z chlebem i winem, a my, zamiast jeść i pić w miłości , zaczęliśmy się kłócić o to, co się dzieje na poziomie molekularnym. A może to nie była kłótnia, tylko głęboka, pełna szacunku troska o Prawdę? Bo przecież chodzi o to, co najważniejsze: - czy to naprawdę On? *** Transsubstancjacja czyli: To już nie chleb. To On. Najbardziej klasyczna, rzymskokatolicka odpowiedź brzmi: Tak. To naprawdę On. I to nie jest przenośnia. To nie jest „jakby”. Nie „na niby”. To substancjalna obecność Jezusa Chrystusa w Eucharystii. Chleb i wino zachowują zewnętrzne cechy - smak, zapach, fakturę - ale ich istota zostaje przemieniona. Nie dzięki zasługom księdza czy pastora, ale mocą samego Boga. To nie filozoficzna sztuczka, to doktryna z soboru, potwierdzona wiekami modlitwy i rozeznawania: • Sobór Laterański IV (1215): „Ciało i Krew prawdziwie obecne w sakramencie ołtarza po dokonaniu transsubstancjacji chleba i wina.” • Sobór Trydencki (1545-1563): „Pod postaciami chleba i wina obecny jest cały Chrystus - prawdziwie, rzeczywiście i substancjalnie.” (Decretum de sanctissimo Eucharistiæ Sacramento) W centrum tej nauki nie stoi duma, tylko pokorna pewność, że Bóg może więcej niż nasze zmysły. *** Co to Konsubstancjacja? czyli: To i to. Chrystus obecny bez niszczenia chleba. U Lutra była inna nuta. Mniej scholastyczna, bardziej egzystencjalna. Luter nie chciał tworzyć nowej fizyki sakramentalnej. Chciał tylko, by Chrystus był naprawdę obecny. Ale nie przez zamianę, lecz przez współobecność. W praktyce: chleb nadal jest chlebem, ale Chrystus też tam jest - w, pod i z nim. Jak dusza obecna w ciele. Jak promień słońca w szkle. Nie nazwano tego oficjalnie „konsubstancjacją”, ale tak to funkcjonuje. Szczególnie w Wyznaniu Augsburskim (1530) i pismach Melanchtona. To realna obecność bez ontologicznej przemiany. Pokora wobec Misterium i niechęć do mistycznej metafizyki. *** Substancjacja? czyli: coś się dzieje, ale nie definiujemy za dużo. W anglikanizmie spotykamy czasem pojęcie „substancjacji” ,choć Kościół Anglii nie narzuca jednej interpretacji Eucharystii. Modlitwa eucharystyczna mówi o „duchowym karmieniu Ciałem i Krwią Chrystusa”, bez konieczności filozoficznego rozbierania chleba na cząstki. Tutaj zostawia się miejsce na Tajemnicę. Nie mówi się: „to tylko symbol”, ale też nie mówi się: „substancja została zamieniona”. Po prostu: Bóg jest obecny. W sposób, który nie wymaga opisu w kategoriach Arystotelesa. *** Symboliczna obecność, czyli: nie szukaj Go w materii, ale w wierze. Kościoły ewangelikalne, reformowane, baptystyczne, zielonoświątkowe podkreślają: • Eucharystia to pamiątka (anamneza) - przypomnienie i wyznanie wiary. • Chleb i wino nie zmieniają istoty. • Chrystus jest obecny przez wiarę, w sercach tych, którzy uczestniczą. Zrodziło się to w czasach Reformacji u Zwingliego i rozwinięte przez Kalwina, który jednak zostawił otwartą furtkę na duchową obecność Chrystusa. Tu nie chodzi o lekceważenie, ale o ostrożność. By nie pomylić znaku z rzeczywistością. I aby nie uczynić z rytuału bożka. *** A teologia wschodnia? „To naprawdę On, ale jak - nie pytaj.” W Kościołach prawosławnych i orientalnych nie używa się terminu „transsubstancjacja”, choć wiara w realną obecność Chrystusa w Eucharystii jest absolutna. Jednak nie tłumaczy się tego filozoficznie. Nie ma potrzeby. Tam rządzi poezja Tajemnicy, nie systematyka. Liturgia mówi sama za siebie. W Modlitwie Epiklezy zstępuje Duch Święty i dokonuje przemiany. Nie pytamy jak. Po prostu klękamy. *** 🕊️ Można by pomyśleć, że te wszystkie „substancje” i „konsubstancje” to akademicka paplanina. Ale to nieprawda. Bo jeśli Bóg naprawdę schodzi do chleba i wina, to zszedł też do nas w naszym głodzie, w naszym łamaniu, w naszym dzieleniu się. Wiara w realną obecność nie jest teorią. To wiara, że nie jesteśmy sami przy stole. Że ten kielich nie jest pusty. Że wina nie pijemy sami. Że ktoś większy od nas przychodzi, żeby być z nami tak bardzo, że nie mógł wymyślić nic bardziej ludzkiego niż Wieczerza. Wierzę w Jego realną obecność w chlebie. A ty? - Czym karmisz swoją duszę?
To miało być zwykłe nabożeństwo dopóki, tuż…
To miało być zwykłe nabożeństwo dopóki, tuż przed Wieczerzą Pańską, przyszła myśl: - czy to nie jest absurdalne, że największy z możliwych, nieskończony, bez kształtu i formy Bóg, miałby się ukryć w winie? Albo…

Komentarze
Nie ma jeszcze opublikowanych komentarzy.
Chcesz dołączyć do rozmowy? Zaloguj się lub załóż konto.