To dziwne, prawda? Siedzimy sobie ze sobą całe życie. Dosłownie. Nikt inny nie ma takiego dostępu do naszego wewnętrznego kanału, do backstage’u, do tych wszystkich prób generalnych, które kończą się fiaskiem, zanim w ogóle pojawi się publiczność. I mimo to - a może właśnie dlatego - najtrudniej nam siebie polubić. Bo my siebie znamy. Wiemy, jak kłamiemy. Jak przekładamy miłość na później. Jak w lustrach przeglądamy się z politowaniem. Jak potrafimy powiedzieć: „nie zasługuję” - tak wiele razy, że zdanie to przekształca się w system operacyjny. Znamy te ciche okrucieństwa, którymi siebie częstujemy - o piątej rano i przy zgaszonym świetle. Znamy te noce, kiedy nasze serce płakało, a my odpowiadaliśmy milczeniem. Więc nie dziwmy się, że nie umiemy naprawdę kochać innych. Miłość do drugiego człowieka, taka bezbronnie uczciwa, jest jak śpiewanie przed kimś nago. Jeśli nie umiesz usiąść ze sobą i powiedzieć: „Dobrze, że jesteś”, jak możesz powiedzieć to komuś innemu? Autodestrukcja nie jest rebusem. To stara liturgia w nowym języku. To sposób, w jaki niektórzy z nas modlą się o zapomnienie. O przerwę w transmisji. O litość. A potem patrzymy na innych. Jak idą prosto. Jak się śmieją. Jak coś im się udaje. I w środku coś nam mówi: Skoro ja nie mogę być cały, to dlaczego oni mają być? I stąd się bierze zawiść. Obgadywanie. Okrutne komentarze pisane w internecie na zimno, jakby człowiek po drugiej stronie był tylko zbiorem pikseli. To nic osobistego, powiemy. A jednak boli. Nawet nas samych. Bo im więcej niszczymy, tym więcej popiołu nosimy we własnych kieszeniach. I może właśnie tu jest potrzebna Ewangelia. Nie jako opowieść o kimś, kto był doskonały, ale jako list do kogoś, kto właśnie dzisiaj przestał się nienawidzić. Albo przynajmniej spróbował. Na końcu tego wszystkiego Jezus mówi coś, co brzmi naiwnie, dopóki nie zrozumiesz, jak bardzo jesteś zmęczony: „Miłuj bliźniego jak siebie samego.” (Ewangelia Marka 12,31) To nie nakaz. To zaproszenie. Do pokoju. Do łagodności wobec siebie. Do przebaczenia sobie, że się nie było lepszym, mądrzejszym, piękniejszym. Do miłości, która zaczyna się od szeptu: „Jestem. I to wystarczy.”
To dziwne, prawda?
To dziwne, prawda? Siedzimy sobie ze sobą całe życie. Dosłownie. Nikt inny nie ma takiego dostępu do naszego wewnętrznego kanału, do backstage’u, do tych wszystkich prób generalnych, które kończą się fiaskiem, zanim w…

Komentarze
Nie ma jeszcze opublikowanych komentarzy.
Chcesz dołączyć do rozmowy? Zaloguj się lub załóż konto.