To dziwne, jak łatwo człowiek wierzy, że najcenniejsze w życiu to rzeczy, które mogą się spalić, zaginąć albo zostać zapomniane w kartonie opisanym „ważne!!!” (z trzema wykrzyknikami, bo wtedy na pewno się ich nie zgubi). Człowiek myśli o domu, który budował latami, choć dobrze wie, że dom to tylko miejsce, w którym się tęskni (albo masz dom i bing! - nagle go nie ma). Myśli o zdjęciu, które zawsze wyciąga w najmniej odpowiednim momencie, by przypomnieć sobie, że kiedyś naprawdę potrafił kochać. Albo o prezencie od przyjaciela, który sam w sobie jest niczym, ale niesie w sobie tamto „pamiętałem o tobie”, które już samo jest rodzajem cudu. Powiem tak: to nie rzeczy mają wartość, to nasze drżenie, gdy je dotykamy. Nasza historia, która w nich mieszka. A jednocześnie człowiek jest tak przedziwnie skonstruowany, że potrafi z uporem maniaka wierzyć, iż to właśnie przedmioty mówią mu, kim jest. I wtedy wchodzi Bóg. Nie na biało, nie na chmurce, raczej jak ktoś, kto siada przy tobie na ławce, podczas gdy patrzysz na swoje życie i mówisz: „Okej, może trochę przesadziłem z tym chomikowaniem”. I Bóg nie robi wykładu. Pokazuje gest. Najdroższy, jaki można sobie wyobrazić. Oddaje to, co ma najcenniejsze. Siebie. Bez gwarancji zwrotu. Bez planu ratunkowego. Bez ubezpieczenia AC/OC na miłość świata. To jest właśnie ta część historii, której normalny człowiek do końca nie umie unieść. Bo przecież hojność jest łatwa, póki nie kosztuje. Łatwo oddać nadmiar. Trudno oddać to, co boli, bo jest nasycone znaczeniem. Jezus robi dokładnie to drugie. To nie jest łatwy gest. To jest gest radykalny, przekornie anty-ekonomiczny. Oddać najwięcej dla tych, którzy nie są w stanie oddać nic. Nawet wdzięczności w pełnej formie. I teraz, jeśli to ma być wzór, to jak z tym żyć? - Może tak, jakby hojność była nie transakcją, lecz zgodą. Zgodą na to, że nie ja trzymam ster. Że moje rzeczy są tylko depozytem, którym mogę nakarmić czyjś głód; emocjonalny, materialny, zwyczajny. Bo w życiu najczęściej dajesz coś małego, a Bóg i tak robi z tego jakąś absurdalnie wielką historię, o której nie masz pojęcia. Bo tak działa miłość: jest jak rzeka pod lodem; niby jej nie widać, a jednak płynie, bez przerwy, bez pytania, czy ktoś to docenia. Hojność to nie jest stały przelew na coś szlachetnego. To odklejenie palców od tego, do czego przywarły nie z powodu potrzeby, tylko z powodu strachu; - Oddać odrobinę kontroli. - Oddać odrobinę siebie. Bez gwarancji, że ktoś zauważy. Bez pewności, że świat odpowie tym samym. I wtedy, paradoksalnie, zaczynasz czuć ulgę. Bo nic nie musisz udowadniać. Bo nie musisz być właścicielem szczęścia. Wystarczy być jego przekaźnikiem. A więc co masz do zaoferowania? - Czas. - Gest. - Cierpliwość. - Uważność. Albo coś materialnego, ale tylko wtedy, jeśli za tym stoi serce, nie próba poprawy własnego CV duchowego. Zacznij małym krokiem albo zacznij z kopyta - to jest naprawdę wszystko jedno. Ważne jest tylko to, że zaczynasz. Bo hojność, jeśli jest prawdziwa, prędzej czy później wraca. Nawet jeśli po drodze musi się zgubić, potknąć i przewrócić, jak każdy z nas. Najważniejsze jest wiedzieć, że tak na prawdę nie ty masz kontrolę. (Nie buntuj się, to fakt, ale i nie proś o dowód, bo czasem bywa wtedy niemiło!) 😉 - Ty masz tylko serce a Ono, jeśli pozwolisz… - potrafi się otworzyć dużo szerzej, niż sobie wyobrażasz. *** „Dawajcie, a będzie wam dane; miarę dobrą, natłoczoną, utrzęsioną i przelewającą się dadzą w wasze zanadrze. Jaką bowiem miarą mierzycie, taką będzie wam odmierzone.” Łukasza 6:38 UBG
To dziwne, jak łatwo człowiek wierzy, że…
To dziwne, jak łatwo człowiek wierzy, że najcenniejsze w życiu to rzeczy, które mogą się spalić, zaginąć albo zostać zapomniane w kartonie opisanym „ważne!!!” (z trzema wykrzyknikami, bo wtedy na pewno się ich nie…

Komentarze
Nie ma jeszcze opublikowanych komentarzy.
Chcesz dołączyć do rozmowy? Zaloguj się lub załóż konto.