Tęsknisz za kimś? Zadzwoń - tak mówi mem z kwiatkiem, a więc musi to być prawda. Życiowe mądrości z grafiką kwiatka są jak przepisy babci: nie wiadomo, czy to działa, ale jakoś głupio nie spróbować tym bardziej, skoro zamieściła go piękna kobieta. Ale zatrzymajmy się. Nie mówimy tu o byle jakim telefonie. Nie o tym przypadkowym kliknięciu numeru z kontaktów między „Catering Dietetyczny” a „Eks Narzeczona (nie dzwonić po winie)”. Mówimy o telefonie w trybie pełnego ryzyka emocjonalnego. Z drżeniem ręki. Z sercem, które postanowiło przypomnieć ci, że żyjesz, i że cholernie ci zależy. *** Zanim jednak zadzwonisz, warto przygotować się jak do wyprawy wysokogórskiej: • naładuj telefon, • przećwicz oddychanie, • zrób siusiu. (Nie pytaj, po prostu zrób.) Bo po drugiej stronie może być wszystko:
- zniecierpliwienie,
- nostalgia,
- głos męża tej osoby (albo żony, miltoculti, co nie?),
- albo, o zgrozo… brak sygnału emocjonalnego. *** I wtedy zaczynają się te nasze małe tragedie klasy B. Bo człowiek, który tęskni i nie dostaje odpowiedzi, staje się nie rozmówcą, ale koncertem życzeń do nieczynnego radia.
- Halo? Czy to ty?
- Bo mój cień właśnie przyszedł zapytać, czy jeszcze go pamiętasz.
- Cześć, to ja, ten, co kiedyś był wszystkim, a teraz nie jest nawet dzwonkiem powiadomienia.
- Nie, nie chcę nic. Chciałem tylko posłuchać ciszy, którą teraz nazywasz swoim spokojem. *** A teraz wersja alternatywna, skoro pierwsza się nie podoba.
- Zadzwoń. Po prostu. Nie po to, żeby coś zyskać.Nie po to, żeby coś naprawić. Tylko po to, żeby powiedzieć: “Tęsknię. I to jest mój sposób, by cię nie zgubić.” *** Oczywiście, nie każda tęsknota zasługuje na połączenie. Niektóre powinny siedzieć w izolatce z etykietą: „Zbyt toksyczne, żeby podłączyć do emocji”. Ale jeśli to prawdziwa tęsknota, taka z serca, nie z ego, to dzwoń. Może się nie uda. Może się uda. Ale na pewno:
- będziesz wiedzieć. *** Bo jak mówił klasyk (czyli kot Leon z powieści, która jest w trakcie pisania): „Lepiej zostać odrzuconym z prawdą w słuchawce, niż kołysać się w złudzeniu jak w starym fotelu z Niderlandii. Ładnym. Ale nawet komornik nie chciał go okleić. *** Chcesz się spotkać? Zaproś. Aha. Jasne. Bo przecież wszyscy mamy to superwbudowane poczucie pewności siebie. Tę wewnętrzną Siri, co mówi:
- Wybierz numer, zaproś ją na lody i nie martw się, że masz włosy jak podmokła kaczka i pachniesz stresem. Nie, nie mamy. Mamy raczej takie wewnętrzne „co, jeśli”, które robi więcej zamieszania niż operacja wyrostka na środku supermarketu. *** Zaproś. Nie pytaj pięć dni z rzędu: „Hej, co tam?” „Jak się masz?” „Co u ciebie?” „Co u kota?” „Co u kota twojej sąsiadki?” Nie zagaduj jak rozgrzewający bot z czatu psychoterapeutycznego. Nie rób z inicjatywy japońskiego rytuału herbaty. Po prostu zaproś. Ale zrób to dobrze. Nie:
- Chciałbym cię kiedyś gdzieś zobaczyć, ale nie wiem, czy ja siebie wtedy zniosę. Nie:
- Wpadnij na kawę, jakby co, ale nie czuj się zobowiązana, serio, bo ja mam alergię na relacje. Zaproś jak człowiek. Z duszą. Z odwagą. Z dziwną nadzieją, że może tym razem świat nie wybuchnie, gdy powiesz, czego chcesz. *** Może powie „nie”. Może powie „nie dzisiaj”. Może powie:
- Jestem w związku z terapeutą swojego byłego, który ma teraz farmę emocjonalną w Bieszczadach. W porządku. Ale wiesz co? Nie umrzesz. A jeśli umrzesz, to przynajmniej umrzesz z klasą, z tą małą wewnętrzną tabliczką: „Próbował. Mimo wszystko. Z zaproszeniem w dłoni i żołądkiem w gardle.” Nie przyjęła zaproszenia?
- Jej strata. *** Poza tym spotkanie to nie musi być od razu kolacja z wróżbami i zmysłami. To może być:
- kawa z parującym milczeniem,
- spacer, który ma w sobie więcej szczerości niż trzy lata terapii,
- albo godzina gapienia się w wodę i mówienia: „Nie wiem, co dalej, ale fajnie, że jesteś.” *** Muszę to sobie zanotować: „Jeśli kogoś lubisz, zaproś go. Jeśli bardzo go lubisz, zaproś dwa razy. Jeśli ci odmówi - kup sobie nową koszulę i udawaj, że i tak nie miałeś czasu.” *** Bo wiecie, to nie relacje bywają trudne. To nasze dialogi wewnętrzne, które czasem pisze chyba Kafka po dziesięciu espresso. Więc raz jeszcze: Chcesz się spotkać? Zaproś. Niech to nie będzie test. Niech to będą otwarte drzwi. Z napisem: „Mam serce. Ona ma puls. I chciałoby z kimś posiedzieć.” *** Pragniesz zrozumienia? Wyjaśnij. To zdanie brzmi jakby napisał je anioł, który raz spróbował związku na Ziemi i powiedział:
- Nie, dziękuję. Wolę piekło.
- Jest bardziej przewidywalne. Bo ludzie, o mój Boże, ludzie… nie wyjaśniają. Oni robią coś między origami a sudoku, wpychając swoje uczucia do trzeciego wymiaru milczenia i oczekując, że ktoś dojdzie do właściwego wniosku.
- „Co się stało?”
- „Nic.” (czyli: wszystko, ale zrób test, może trafisz)
- „Ale czemu jesteś smutna?”
- „Nie jestem smutna. Mam okres” (czyli: jestem smutna, wkurzona, rozczarowana i mam ochotę zjeść trzy serniki i cię opuścić, w tej kolejności) *** Nie jesteśmy bohaterami powieści Virginii Woolf. Myślenie za drugiego człowieka to nie jest sport olimpijski. To męczarnia. Wyjaśniaj, jakbyś tłumaczył coś przyjacielowi z zagranicy. Prosto. Z sercem. Z mapą. I ucz się chińskiego. *** Pragniesz zrozumienia? Nie licz na to, że druga osoba domyśli się twojej przeszłości, lęków, punktu G i powodu, dla którego dziś nie odezwałeś się pierwszy. To nie escape room. To życie. Zrób z siebie folder, nie labirynt. *** Najlepiej, jeśli zaczynasz od:
- „Wiem, że to może brzmieć dziwnie, ale potrzebuję powiedzieć coś ważnego.” Albo:
- „Nie oczekuję, że od razu zrozumiesz, ale chcę spróbować.” Albo, jeśli jesteś już na poziomie mistrzowskim:
- „Wiem, że nie jesteś wróżką z emocjonalnego Hogwardu, więc oto moje serce. Manual w załączniku.” *** Ludzie zamiast wyjaśniać, preferują system „nagraj i upuść”: „Zostawiam ci wiadomość pasywno-agresywną, z subtelną nutką cierpienia. Baw się dobrze z dekodowaniem. Ja idę zjeść coś słodkiego i płakać do playlisty.” Podpisano: Twoja (Twój) Ex *** Ale prawda może być taka: nikt nie zna twojej historii, twoich ran, twojego wewnętrznego świata z neonem „Nieczynne do odwołania”. Więc jeśli chcesz być rozumiany, bądź dostępny. Nie jak WiFi w piwnicy. Nie jak latarnia morska: czasem się świecisz, ale potem coś gaśnie. *** I na koniec: Wyjaśnianie to nie słabość. To dar. Bo każdy z nas to język obcy, i tylko miłość robi dobre tłumaczenia choć prawda, to nie zawsze wystarcza. *** Masz pytanie? Zapytaj. Ale nie, nie - ty nie pytasz. Bo pytanie to zagrożenie. Pytanie to jak otwarcie lodówki po trzech tygodniach i nie wiesz, co cię uderzy:
- prawda,
- kłamstwo,
- milczenie typu „ nie wołaj mnie do tablicy”,
- „wiem, ale nie powiem” (jak w „Killerze”),
- zapomniane uczucia spleśniałe od braku rozmowy. *** Zamiast zapytać:
- „Czy ci jeszcze zależy?”
- „Dlaczego uciekasz, kiedy milknę?”
- „Czy my w ogóle jesteśmy ‘my’, czy tylko „ty i oni (czyli dalecy jacyś tamci) albo dobrze zsynchronizowaną samotnością?” Ty pytasz:
- „Wszystko okej?”
- „Możemy obejrzeć coś na Netfliksie?”
- „Zrobić herbaty?” Czyli: „Czy mogę udawać, że nie muszę wiedzieć?” *** Bo pytania są czasem jak granaty: rzucasz i nie wiesz, czy wybuchnie druga osoba, czy twoje złudzenia. Ale serio: - ile można żyć w tej grze, gdzie zamiast odpowiedzi masz…
- milczenie,
- emoji,
- pasywno-agresywną zmianę statusu. *** Zapiszę sobie, tak na potem: „Nigdy nie wiesz, czy dostaniesz to, o co prosiłeś, czy jakąś interpretację kucharza z napadem egzystencjalnej złośliwości.” *** Ale pytania są też bramą. Nie do piekła. Do ulgi. Bo nawet jeśli ktoś powie:
- „Nie wiem.”
- „Nie teraz.”
- „Nie naciskaj”, … to przynajmniej nie będziesz już karmić się domysłem, który smakuje jak wata cukrowa z posmakiem rozczarowania. *** Zadaj pytanie. A niech się boi. Albo śmieje. Niech serce wali jak dzwon na alarm. Niech głos się łamie. Ale zapytaj. Bo czasem jedno pytanie zamienia noc w świt. A brak pytania? Zamienia cię w detektywa z depresją. *** I jeszcze jedno. Jeśli boisz się zapytać, bo nie chcesz znać odpowiedzi, to już masz odpowiedź. Nazywa się: “Wiem, ale wolę cierpieć w domyśle, niż rozstać się z iluzją.” *** Więc pytaj. Nie po to, żeby kontrolować. Nie po to, żeby wygrać. Tylko po to, żeby żyć. W prawdzie. W świetle. Wreszcie… w relacji, która ma kontrakt z rzeczywistością. *** … Ale najpierw zerwij z nawykiem społecznym pt. “nie chcę robić problemu”. Bo to właśnie ten nawyk hoduje w nas:
- wrzody,
- tiki nerwowe,
- i pasywnie-agresywną minę na grillu u znajomych, gdy ktoś znowu przynosi sałatkę z selera i traumy. *** Ludzie często nie mówią, czego nie lubią, bo myślą, że wtedy będą mniej kochani. Jakby odmawiając wzięcia udziału w wieczorze planszówek, albo nie chcąc jechać w góry z partnerką, która lubi deszcz i komary, automatycznie stajesz się:
- potworem,
- egoistą,
- i psem, który nie zasługuje na karmę premium. Ale prawda jest taka: mówienie „nie” to nie koniec świata. To jego porządkowanie. *** Nie lubisz oglądać seriali, w których każdy bohater mówi jak rozlazły poeta? Nie oglądaj. Nie lubisz jak ktoś cię całuje w czubek głowy, bo to przypomina ci ciotkę z pierzem w buzi? Powiedz. Nie lubisz wstawać o szóstej rano, żeby „zacząć dzień produktywnie”? Wstań o dziesiątej.  W buncie. W pidżamie. W chwale. *** Notuję. Bo kiedyś to rozwinę: „Kiedy udajesz, że lubisz rzeczy, których nie znosisz, kończysz jako dekoracja cudzych potrzeb. A ja nie jestem świeczką na cudzym torcie życia.” *** Nie musisz być chamski. Wystarczy, że będziesz prawdziwy. Zamiast:
- „Tak, wszystko super, cudownie, róbmy tak co tydzień!” powiedz:
- „Dzięki, ale to nie dla mnie. Kocham cię, ale nie kocham wspólnych zumb ani rozmów o kredytach hipotecznych.” *** Bo miłość, ta prawdziwa, nie wymaga wygody. Ona wymaga odwagi. Żeby powiedzieć: „Nie lubię tego. Ale lubię ciebie. I dlatego mówię prawdę.” *** Czas na modlitwę (Leon pilnuje naszej duchowości): Boże, daj mi siłę, by mówić: nie lubię. Daj mi odwagę, by nie tłumaczyć się jak nastolatek po włamie. I daj mi spokój, kiedy inni tego nie zrozumieją, bo to nie mój obowiązek, żebym ze wszystkimi się zgadzał. Amen. *** Kochasz? (I oby to nie była mężatka). Okaż. Nie czekaj na idealny moment, bo ten moment już teraz je kanapkę, gapi się w ścianę i myśli:
- „Może jutro, jak będę miał mniej syfu w głowie.” A jutro ma ten sam syf, tylko z dodatkiem rachunku za prąd. *** Okazywanie miłości nie wymaga wierszy z metaforą o księżycu. Nie musisz wysyłać dziesięciu wiadomości dziennie z wyznaniami miłości i linkami do romantycznych playlist. Nie musisz robić Instagram Story, że właśnie pieczesz komuś sernik z serca wampira i kocimiętki. Wystarczy, że:
- słuchasz naprawdę,
- pamiętasz o jej alergii na seler,
- trzymasz go za rękę, nawet jak jesteście pokłóceni,
- zaparzasz tę herbatę, którą zawsze wypija, a nigdy sama jej nie robi.
- Jesteś. *** Nie chodzi o spektakl. Chodzi o obecność. Taką, która nie krzyczy: „Patrzcie, jestem dobry!” tylko mówi: „Jestem. I nie uciekam, kiedy jesteś nie do zniesienia, bo wiem, że ja też taki bywam.” *** Problem w tym, że wielu z nas zostało nauczonych: „Nie okazuj za dużo, bo cię zranią.” Więc żyjemy jak roboty w relacjach:
- odpowiedź automatyczna,
- emocje z opóźnieniem,
- uczucia zakodowane w ironii. Puszcamy teksty typu: „ale ja to wszystko wiem, tyle, że to u mnie nia działa”. Tylko że miłość nie znosi chatbotów. Ona chce kontaktu z krwią, nie z kodem. Chce potu, łez, śmiechu w nieodpowiednim momencie i ciepłej dłoni na potylicy, kiedy masz dzień do d…y. I odwagi. *** Zanotowałem: „Miłość to nie reklama perfum. To raczej smród codzienności, który jesteście gotowi wąchać razem, bo tak bardzo się lubicie.” *** Więc kochasz? Okaż. Nie spektaklem. Nie elaboratem. Ale sobą. W prostych gestach. W milczeniu, które nie zabija.  W zdaniu: „Nie wiem, co z nami będzie. Ale nie chcę, żeby to było bez ciebie.” (To „bez ciebie” - ważne, nie zapomnij”. *** I jeszcze jedno: Nie czekaj, aż będzie idealnie. Miłość nie potrzebuje idealnie. Potrzebuje ciebie. Teraz. Takiego, jaki jesteś. Z wątpliwościami. Z dziwnym śmiechem. Z uczuciem, które nie zawsze umiesz nazwać. *** Bo prawdziwa miłość nie mówi:
- „Będę przy tobie, gdy wszystko się ułoży.” Ona mówi:
- „Jestem. I będę. Nawet jeśli wszystko się sypie”. *** No to co? Masz serce? Użyj. Masz telefon? Dzwoń. Masz pragnienie? Mów. Masz granice? Stawiaj. Masz miłość? Okaż. Reszta to hałas. Albo jak mawiał mój kot Leon: „Życie jest za krótkie, żeby udawać, że nie chce ci się przytulić.” Kiedyś wymruczał mi jeszcze takie coś: „Mały! Patrz na rozkład jazdy. Bo jak nie, to możesz przegapić najważniejszą podróż życia”. *** No to teraz ćwiczenie:
- wszedłem na Booking i kliknąłem dwie rezerwacje. I wiecie co? Powiedziała, że „jest w tym terminie zajęta”. Spazmy, foch? I owszem. Przez chwilę było mi smutno. A potem pomyślałem:
- A pieprzyć smutki.
- Pyknę sobie solowy moto-trip z Leonem.
- Lądem, morzem i powietrzem. I wiecie już co, prawda? Dokończyłem pisanie tego poradnika. Bo… … To działa! *** Tytuł całego kabaretu mojej duszy? „NIE KOMPLIKUJ KOCHANIE” czyli, jak przeżyć życie z sercem na wierzchu i nie dostać grypy od emocji. Autor: ty. Albo ja. A może my razem? ~ Koniec. Ale ty, czytelniku..
- właśnie zaczynasz.  Witold Kazimierz Augustyn & Armin Dorian Soler
