Świat ma dziś nerwicę ruchu. Aplikacje aktualizują się same. Poglądy też. Jak coś się nie zmienia, to świat rzuca podejrzenie, że jest nieprawdziwe. Wczorajsze „na zawsze” wygasa jak subskrypcja próbna, a człowiek uczy się mówić: to było wtedy, dziś jest inaczej. I właśnie w tym miejscu, nie na szczycie, nie w momencie zwycięstwa, ale w środku zmęczenia pojawia się myśl niepasująca do epoki: - Bóg się nie zmienia. Nie dlatego, że jest uparty. Dlatego, że miłość, jeśli ma być miłością, nie może być waunkowa, w zależności od miejsca, zysku czy sytuacji. Biblia mówi to bez marketingu. „Ja, Pan, nie zmieniam się.” Nie: kocham cię, jeśli… Albo; wróć, popraw się, wtedy porozmawiamy. Raczej: - jestem, zanim się rozpadniesz i po tym, jak już leżysz w kawałkach. Współczesny człowiek jest przyzwyczajony do warunków. Warunkowe umowy, zależne relacje, warunkowe poczucie wartości. Nawet nadzieja bywa dziś „uzależniona od wyników”. A Bóg? On kocha w sposób, który psuje ten system. Nie reaguje panicznie na nasze zmiany nastroju. Nie odwraca się, gdy zmieniamy zdanie, tożsamość, plany, negujemy miłość, kierunek. To my żyjemy w trybie update required. On… nie. I to bywa niepokojące. Bo łatwiej jest wierzyć w Boga, który się obraża, niż takiego, który zostaje. Obrażony Bóg daje człowiekowi złudzenie kontroli: wiem, co zrobiłem źle, sam to ułożę. Bóg niezmienny zostawia nas z czymś trudniejszym: - jestem kochany nawet teraz. To nie jest sentymentalne czy romantyczne. Bo jeśli nic nie może zmienić Jego miłości, to nie da się jej ani kupić, ani stracić. Nie da się jej użyć jako kary ani nagrody. Trzeba ją po prostu przyjąć. A to dla współczesnego człowieka bywa najtrudniejsze zadanie. Świat się zmienia. Ty się zmieniasz. Twoje role, ciało, przekonania, relacje; wszystko płynie. A gdzieś pod tym ruchem jest stałość, która nie krzyczy. Nie trenduje i nie znika. Bóg cię kocha. I nic tego nie zmieni. Nie dlatego, że świat jest stabilny. Ale właśnie dlatego, że nie jest. - I co z tym zrobisz?