Skandal chrześcijaństwa nie polega dziś na tym, że świat przestał słuchać Kościoła, ale że Kościół zbyt często z lubością wsłuchuje się sam w siebie. I nie jest to nawet szczególnie nowa herezja, tylko stary, dobrze znany ludzki odruch: kiedy człowiek dostaje do ręki coś żywego, natychmiast próbuje zamienić to w procedurę. Miłość w regulamin. Łaskę w formularz. Boga w system kolejkowy. Nieżyjący papież Franciszek, ku zgorszeniu zawodowych strażników pieczęci i kluczy, wszedł w ten mechanizm jak człowiek, który otwiera okno w dusznym urzędzie i mówi, że może wszyscy się tu trochę podusiliśmy. Gdy w Evangelii Gaudium napisał, że Kościół nie jest urzędem celnym, lecz ojcowskim domem, nie proponował sentymentalnej metafory dla religijnych mięczaków. On rozbroił cały model religijności oparty na selekcji, kontroli i symbolicznym stemplowaniu dusz. „Kościół jest powołany do bycia domem otwartym dla wszystkich” Często zachowujemy się jak kontrolerzy łaski, a nie jej ułatwiacze”, i to jest zdanie tak niebezpieczne, ponieważ nie atakuje ateistów, liberałów ani hedonistów, lecz tych, którzy od lat siedzą najbliżej ołtarza i z powagą recepcjonistki z sanatorium rozdają ludziom numery do zbawienia.  - To zdanie jest niewygodne nie dlatego, że jest progresywne, ale że jest… ewangeliczne. Chrystus, jeśli odrzeć Go z kadzidła, dekoracji i dobrze oprawionych komentarzy, miał nieprzyjemny zwyczaj nieustannego kompromitowania religijnych specjalistów. Jadł z ludźmi, których nie należało dotykać. Rozmawiał z kobietami, z którymi nie należało rozmawiać. Dotykał trędowatych, których należało izolować. I opowiadał przypowieści, w których prostytutki i celnicy szybciej rozumieją Boga niż zawodowi interpretatorzy Prawa. To nie Franciszek wymyślił skandal otwartego stołu. On jedynie przypomniał, że jego Autorem nie był proboszcz, tylko Jezus. - W gruncie rzeczy ten spór nie dotyczy religii, tylko lęku. Socjologia od dawna wie to, co religijni moraliści bardzo chcieliby przemilczeć: - instytucje, gdy tylko okrzepną, zaczynają bardziej chronić własną strukturę niż korzenie. Max Weber opisywał ten proces bez złudzeń: - charyzma, jeśli nie umrze młodo, kończy jako biurokracja. Duch staje się procedurą. Ogień zamienia się w instrukcję przeciwpożarową. To nie jest problem wyłącznie Kościoła. Tak samo kończą uniwersytety, partie, małżeństwa, korporacje i ruchy społeczne. Wszystko, co miało ratować człowieka, prędzej czy później zaczyna produkować formularze, by się przed człowiekiem zabezpieczyć. Dlatego spuścizna Franciszka niektórych drażni. Nie dlatego, że mówi rzeczy nowe, tylko te stare z nieprzyjemną świeżością. Przypomina, że religia bez miłosierdzia nie staje się bardziej święta, neurotyczna. Że wspólnota bez gościnności nie staje się bardziej czysta, tylko… przestraszona a człowiek, który pilnuje zasad wyłącznie po to, by nie musieć kochać, nie broni wiary. On broni własnej potrzeby kontroli. I tu dochodzimy do zdania, które oburzyło ludzi bardziej niż powinno, bo było boleśnie trafne: - może lepiej być ateistą niż chodzić codziennie do kościoła i nienawidzić innych? Franciszek nie kanonizował ateizmu i nie mówił, że niewiara jest cnotą. Powiedział coś znacznie bardziej niezręcznego: że hipokryzja religijna jest formą duchowego fałszerstwa groźniejszą niż uczciwy brak wiary. Bo ateista przynajmniej nie udaje, że kocha Boga, którego twarz demonstracyjnie ignoruje w drugim człowieku. Hipokryta robi to codziennie, często po komunii.  To zresztą nie jest papieska ekstrawagancja, tylko zwykła logika Ewangelii: „Jeśliby ktoś mówił: - miłuję Boga, a brata swego nienawidził, jest kłamcą” … pisze autor Pierwszego Listu Jana, z brutalnością godną człowieka, który nie miał czasu na religijne PR-y. Nie: jest słaby, albo, że jest w procesie. Nie: ma trudny temperament. Jest kłamcą. To jedno z tych zdań Nowego Testamentu, które brzmią tak współcześnie, jakby zostały napisane po lekturze komentarzy w internecie. Współczesny człowiek doskonale rozumie ten problem, nawet jeśli nie zna Ewangelii. Żyje przecież w epoce permanentnej autoprezentacji, gdzie najważniejszą kompetencją stało się nie to, kim jesteś, ale czy potrafisz estetycznie to upozorować. Media społecznościowe nie stworzyły hipokryzji. One tylko dały jej lepsze światło, filtr i zasięg. Dziś można publicznie cytować świętych, prywatnie gardzić ludźmi i podrywać w internecie panienki, politycznie handlować lękiem, ekonomicznie żerować na słabszych i nadal uchodzić za osobę „wartościową”, jeśli profil jest schludny, emocje dobrze opakowane, a oburzenie skierowane na właściwych wrogów. Franciszek uderza właśnie w tę estetykę moralności. W człowieka, który woli wyglądać na prawego, niż nim być. W kulturę, która pomyliła reputację z sumieniem i religijność, która nauczyła się mylić dyscyplinę z miłością, a poprawność z nawróceniem. Kierkegaard pisał, że największą rozpaczą nie jest to, że człowiek grzeszy, lecz to, że tak długo udaje kogoś, kim nie jest, aż sam zaczyna w to wierzyć. I być może właśnie dlatego duch Franciszka tak wielu ludzi irytuje: bo odbiera religii jej najwygodniejsze alibi. Nie pozwala schować się za rytuałem, tradycją, strojem, deklaracją, stylem życia, politycznym plemieniem ani cytatem z katechizmu. Uparcie sprowadza wszystko do pytania nieznośnie prostego: - czy to wszystko czyni cię bardziej zdolnym do miłości? Jeśli nie, to być może nie bronisz Boga. Być może tylko bronisz dobrze urządzonej wersji siebie.