Siedzi sobie gdzieś na prowincji ksiądz, który przez piętnaście lat nauczył się więcej o człowieku niż o teologii, ponieważ słuchał wdów po pogrzebach, alkoholików po nawrotach i dzieci, które przyszły do zakrystii tylko po to, żeby ktoś dorosły powiedział im coś normalnym głosem, i nagle dowiaduje się, że może napisać do arcybiskupa list, opowiedzieć, kim jest, jak rozumie parafię, jak wyobraża sobie wspólnotę, a nie tylko czekać, aż ktoś wyciągnie jego nazwisko z kurialnej szuflady pełnej cudzych ambicji i starych układów. W polskim Kościele brzmi to niemal podejrzanie świeżo. Jak otwarte okno w pokoju, w którym od dawna pachniało tylko kurzem, kadzidłem i zmęczeniem.  I właśnie dlatego człowiek odruchowo pyta:

- czy jedna jaskółka robi wiosnę? Problem polega na tym, że polski katolicyzm od lat przypomina blok z wielkiej płyty, w którym mieszkańcy przestali wierzyć, że warto remontować klatkę schodową, więc skupili się na wymianie wizjerów i malowaniu drzwi, podczas gdy pod spodem odpadają tynki, a ludzie uczą się omijać siebie wzrokiem. Proboszczowie bywają tam bardziej administratorami emocjonalnego niedoboru niż pasterzami. Nie dlatego, że są źli, ale że system przez dekady premiował ostrożność, lojalność i bezpieczną przeciętność. Człowiek z wizją potrafił budzić większy niepokój niż człowiek bez właściwości. Dlatego ten lubelski eksperyment wydaje się ciekawy nie z powodu samego „konkursu”, bo przecież Kościół nie jest korporacją HR-ową, która zatrudnia regionalnego menedżera od sakramentów, lecz dlatego, że po raz pierwszy ktoś powiedział księżom: opowiedzcie nam, co chcecie zrobić z parafią. Jak rozumiecie ludzi i czy chcecie z nimi żyć.  To jest mała rzecz. Prawie niezauważalna. A jednak właśnie z takich drobiazgów zaczynają się czasem największe zmiany cywilizacyjne. Chrześcijaństwo też przecież zaczęło się od grupy ludzi, którzy wyglądali raczej jak problem do utylizacji niż przyszłość świata. Tyle że istnieje druga możliwość, bardziej polska, znajoma. System przyjmie nowy język, nauczy się mówić o „wizji duszpasterskiej”, „transparentności” i „współodpowiedzialności”, po czym wszystko wróci do starego rytmu, tylko z dodatkowymi formularzami i komisją do spraw formularzy. Instytucje mają niezwykły talent do pożerania własnych reform i przerabiania ich na pieczątki. W tym sensie jedna jaskółka rzeczywiście nie robi wiosny. Ale robi coś znacznie ważniejszego.

- Przypomina ludziom, że zima nie jest stanem naturalnym na cały rok. *** Punktem wyjścia dla tego tekstu stał się artykuł, który w normalnych okolicznościach przeleciałby przez polski internet jak kolejny komunikat o wymianie rynien przy domu parafialnym, lecz tym razem coś w nim zgrzytnęło inaczej, ponieważ arcybiskup Stanisław Budzik ogłosił otwartą rekrutację na proboszczów w szesnastu parafiach archidiecezji lubelskiej. Nie chodziło już wyłącznie o to, kto jest „sprawdzony”, „spokojny” albo „nie robi problemów”, lecz o ludzi, którzy mają opowiedzieć, jak rozumieją wspólnotę, co chcieliby zrobić z parafią i czy w ogóle widzą w niej jeszcze żywych ludzi, a nie tylko grafik kolęd, stan dachu i wysokość tacowych wpływów. W kraju, w którym przez dekady wielu wiernych nauczyło się traktować kurię jak urząd skarbowy z kadzidłem, sama idea rozmowy o wizji duszpasterstwa brzmi niemal podejrzanie świeżo. I właśnie dlatego warto się przy tej historii zatrzymać, ponieważ czasem jedna drobna zmiana potrafi powiedzieć o stanie całej instytucji więcej niż sto oficjalnych listów pasterskich. Źródło: Deon.pl

- artykuł o rekrutacji na proboszczów w archidiecezji lubelskiej