Salomon powiedział, że wesołe serce to lekarstwo. I to jest podejrzanie trafne, zwłaszcza jak na człowieka, który żył w czasach, gdy najlepszą terapią było posypanie ran mąką albo modlitwa, żeby wielbłąd nie pluł w stronę pałacu. A jednak trafił w sedno. Wesołe serce. Wcale nie „idealne”, „natchnione”, „na poziomie świadomości 700” czy inne współczesne bzdury. Zwykłe, ludzkie wesołe serce. Takie, które czasem parska śmiechem nie dlatego, że wszystko jest dobrze, tylko dlatego, że gdyby nie parsknęło, tobą byłby koniec. Może dlatego to działa jak lekarstwo. Wesołość to ta delikatna przestrzeń pomiędzy „jest źle” a „może jednak coś we mnie jeszcze żyje”. Salomon lubił przenikać, więc dołożył drugą połowę zdania: - przygnębiony duch wysusza ciało. Nie dramatycznie, nie od razu, powoli. Troszkę każdego dnia. Najpierw wysycha apetyt. Potem sen. Potem mięśnie, które zamiast trzymać człowieka prosto, pozwalają mu się zginać jakby chciał przeprosić świat za to, że w ogóle chodzi. Wysuszanie zaczyna się, gdy człowiek przestaje widzieć sens w najmniejszych sprawach. Gdy herbata traci smak. Gdy poranek jest bardziej obowiązkiem niż nowym dniem. Gdy cisza nie jest odpoczynkiem, tylko miejscem, gdzie człowiek boi się siebie. I wtedy pojawia się to nieszczęsne „wesołe serce”. Nie w formie mema. Nie jako hasło motywacyjne z siłowni. Tylko jako mała, cicha myśl, która mówi: - Hej, może jeszcze coś dobrego mnie czeka. Albo: - Dziś jeszcze mogę zrobić coś głupiego i miłego jednocześnie. Albo najbardziej prosto: - Zrobię sobie herbatę z lubczykiem. Zobaczę, czy jeszcze pamiętam, jak pachnie. I nagle… ciało przestaje wysychać. Jakby ktoś nalał tamtą pierwszą kroplę, która mówi: „Jeszcze cię nie zostawiłem. Jeszcze tu jestem.” Prawda jest taka, że nikt z nas nie potrzebuje nieustannej radości. Potrzebujemy iskry. Jednego momentu, w którym serce przypomni sobie, że to, co dobre, nie zniknęło, tylko się czasem spóźnia. Wesołe serce nie naprawia życia. Ono tylko robi miejsce: 1. Na powrót. 2. Na oddech. Na drobiazgi, które wyglądają jak nic, a potrafią podnieść człowieka bardziej niż pięć motywacyjnych wykładów od kogoś, kto nigdy nie płakał w łazience. I to jest cała tajemnica tego starożytnego lekarstwa. Nie działa spektakularnie. Nie krzyczy. Nie udaje mocy, której nie ma. Ono po prostu szepcze do człowieka: - Jeszcze możesz się ucieszyć. Choćby odrobinę. A ciało, jakby czekało na taki sygnał, zaczyna na nowo rosnąć. Od środka. W ciszy. Bez pośpiechu. Tak właśnie Salomon leczy ludzi… trzy tysiące lat później. *** Prz 17,22 BT: „Wesołe serce jest najlepszym lekarstwem, a przygnębiony duch wysusza kości.”