Salomon jest jak lustro, w które boimy się patrzeć. Bo na pierwszy rzut oka to czysta chwała. Historia złotego chłopca: syn Dawida, wybranek Boga, człowiek, który zaczyna od modlitwy tak pokornej, że można by ją wydrukować na pocztówce i sprzedawać w księgarniach chrześcijańskich: „Daj mi mądrość, żebym wiedział, jak rozróżniać dobro od zła.” Nie pyta o bogactwo. Nie pyta o władzę. Pyta o coś tak kruchego i niewymiernego, że Bóg odpowiada: „Masz to. A przy okazji dam ci też wszystko inne, żeby ci nie zabrakło.” I rzeczywiście Salomon był królem, którego zazdrościła połowa starożytnego świata. U jego stóp klękała królowa Saby, a zwykli ludzie szeptali o nim tak, jak dziś szeptałoby się o kimś, kto potrafi jednym gestem zatrzymać wojnę. To on zbudował Świątynię - centrum wiary, miejsce, gdzie niebo i ziemia stykały się w kamieniu i złocie. To on napisał Pieśń nad Pieśniami, tak skandalicznie cielesną, że przez wieki próbowano ją tłumaczyć jako „mistyczną alegorię”, bo trudno było przyznać, że król modlił się również językiem zakochanego mężczyzny. Ale Salomon miał w sobie pęknięcie. Jakby ten wielki dar mądrości był jednocześnie przekleństwem: widział za dużo, rozumiał za wiele. Mądrość bez granic bywa ciężarem, a człowiek, nawet największy, bywa, że musi w końcu szukać ulgi. On szukał jej w kobietach. W tysiącach kobiet. A z kobietami przyszły ich światy, ich języki, ich rytuały i bogowie. Na początku pewnie mówił sobie: „To tylko gest dyplomatyczny, nic złego, odrobina tolerancji.” Ale potem jeden ołtarzyk, drugi, dziesiąty, aż nagle Jerozolima, miasto jednego Boga, zaczęła przypominać galerię handlową, gdzie każdy bóg miał swoją witrynę. Salomon, mędrzec, stawał się bałwochwalcą. Nie dlatego, że przestał wierzyć a tylko dlatego, że chciał wierzyć we wszystko naraz. Jak dziecko, które nie potrafi wybrać jednej zabawki, więc bierze wszystkie i dławi się nadmiarem. Jak my, czytając Biblię i stawiając tarota na jej okładkach. To jest dramat Salomona: człowiek, który dostał wszystko, a rozproszył się na tysiąc kawałków. Geniusz, który nie potrafił być wierny. Król, który w imię pokoju wewnętrznego zgodził się na chaos duchowy. Dlaczego jest w Biblii? Bo Biblia nie potrzebuje pomników z brązu, ona potrzebuje historii prawdziwych ludzi. Salomon nie jest tam po to, żebyśmy się zachwycali jego złotem czy cytowali jego mądrości na szkolnych akademiach. On jest tam jako ostrzeżenie: że nawet największy dar, nawet mądrość, może być zmarnowany, jeśli serce nie zostanie skupione w jednym kierunku. Bóg nie wymazał Salomona z kart Pisma. Nie ocenzurował go. Zostawił go w całej sprzeczności: i z psalmami, i z haremami. Bo to właśnie ta sprzeczność jest prawdziwa. Co z tego dla nas? Salomon jest jak patron naszego wieku. Wszyscy mamy dostęp do mądrości w kieszeni, w telefonie, w internecie. Wiemy więcej niż kiedykolwiek wiedzieli królowie, a mimo to potykamy się o te same kamienie: - pożądanie, - próżność, - zachłanność, - mściwość, - potrzebę bycia lubianym przez wszystkich naraz. My też budujemy swoje „ołtarzyki”. Trochę dla kariery, trochę dla pieniędzy, trochę dla miłości, trochę dla lajków. I nagle nasze serce zamiast być świątynią jednego Boga - zaczyna przypominać pasaż handlowy. Salomon mieszka w Biblii, żebyśmy zrozumieli: nie wystarczy mieć mądrość - trzeba mieć też wierność. Bo inaczej nawet największy król kończy jak człowiek, który miał wszystko, a zgubił siebie. A jak jest u ciebie?
Salomon jest jak lustro, w które boimy…
Salomon jest jak lustro, w które boimy się patrzeć. Bo na pierwszy rzut oka to czysta chwała. Historia złotego chłopca: syn Dawida, wybranek Boga, człowiek, który zaczyna od modlitwy tak pokornej, że można by ją…

Komentarze
Nie ma jeszcze opublikowanych komentarzy.
Chcesz dołączyć do rozmowy? Zaloguj się lub załóż konto.