Są zdania, które czasem brzmią jak wyrok, chociaż podają się za poradę… i to jest jedno z nich, bo kiedy ktoś mówi: „nie przepraszaj za to, kim jesteś”. To także brzmi jak wolność, a często bywa tylko elegancko opakowaną odmową przyjęcia odpowiedzialności za to, jak ranimy innych, ponieważ Biblia, która nie ma zwyczaju mówić półsłówkami, sugeruje raczej coś odwrotnego: „z ich owoców ich poznacie” (Mt 7,16), co oznacza, że człowiek nie jest zamkniętym projektem, tylko procesem, który podlega ocenie nie po deklaracjach, ale po czynach i ich skutkach. Psychologia, która próbuje być mniej surowa, ale bywa równie bezlitosna, mówi o mechanizmach obronnych, które potrafią przebrać się za autentyczność, tak że ktoś, kto nigdy nie przeprasza, niekoniecznie jest wolny, tylko często chroni się przed czymś znacznie mniej wzniosłym; - wstydem, który nie został nazwany, lękiem, że gdyby naprawdę przyznał się do błędu, rozpadłby się obraz siebie, który składał latami, z precyzją godną zegarmistrza i determinacją kogoś, kto wie, że jeśli przestanie udawać, zostanie sam. Czyż to nie pachnie tchórzostwem? Jest w tym wszystkim coś kuszącego, co działa jak światło padające z góry na stojącego samotnie lwa: obietnica, że można przestać się tłumaczyć i można pozwolić innym odejść (lub odejść samemu), zamiast ciągle negocjować swoją wartość, co z punktu widzenia psychologii przywiązania ma sens, bo ciągłe zabieganie o akceptację bywa formą uzależnienia, a nie miłości; tyle że Biblia, która zna samotność lepiej niż niejeden terapeuta, pokazuje, że siła nie polega na tym, że nie dopuszczasz do zerwania toksycznych więzi , tylko na tym, że potrafisz zobaczyć siebie w prawdzie, nawet jeśli to oznacza konieczność zmiany. I tu zaczyna się niewygodna część, której zwykle nie drukuje się na czarno-białych grafikach z lwem, bo brzmi mniej efektownie: nie wszystko, czym jesteś, musi pozostać takie, jakie jest, ponieważ „stare przeminęło, oto wszystko stało się nowe” (2 Kor 5,17) co nie jest hasłem motywacyjnym, tylko zaproszeniem do pracy nad sobą, która bywa dłuższa niż chcielibyśmy i bardziej bolesna niż jesteśmy gotowi przyznać przy pierwszej kawie. Więc tak, nie trzeba przepraszać że żyję, za ustawianie granic, za to, że ktoś nie umie nas pomieścić w swoim świecie, ale czasem warto przeprosić za sposób, w jaki istniejemy obok innych, bo między bezrefleksyjną akceptacją siebie a neurotycznym przepraszaniem za wszystko istnieje przestrzeń, w której człowiek przestaje być lwem z plakatu, a zaczyna być kimś bardziej wymagającym: kimś, kto potrafi powiedzieć: - tu jestem, ale jeszcze nie skończyłem.