Są trzy świece, przy których współczesny człowiek czuje się względnie bezpiecznie. Da się je wpisać w kalendarz, w strategię przetrwania, w plan samodoskonalenia. Pierwsza mówi: jeszcze zdążę. Druga: pracuję nad sobą. Trzecia: prawie jestem. Można przy nich żyć, funkcjonować, nawet się modlić; bez ryzyka, że coś naprawdę się zawali. Czwarta świeca nie jest dla ludzi poukładanych. Czwarta świeca zapala się tam, gdzie kończy się narracja o kontroli. Tam, gdzie kończy się „dam radę”, „ogarniam”, „muszę jeszcze tylko”. Ona staje dokładnie naprzeciw współczesnego człowieka i zadaje jedno pytanie, którego najbardziej nie znosi: Czy naprawdę wierzysz, że Bóg przychodzi do wersji poprawionej? Bo żyjemy tak, jakby Ewangelia była instrukcją awansu. Jakby „przyjdę do Ciebie” znaczyło: kiedy się ogarniesz. Kiedy zamkniesz sprawy. Kiedy uporządkujesz relacje. Kiedy nie będziesz już taki pęknięty, nerwowy, zmęczony, rozczarowany sobą. A tymczasem Ewangelia jest bezwstydnie nieprzystająca do tego świata. Bóg przychodzi, gdy nie ma miejsca. Gdy drzwi są zajęte. Gdy ludzie są zmęczeni, a system działa poprawnie, tylko bez serca. „Nie było dla nich miejsca w gospodzie”… … to nie jest zdanie o braku empatii. To jest zdanie o świecie, który działa sprawnie. Rezerwacje są zamknięte. Terminy wypełnione. Procedury zachowane. Wszystko się zgadza. Poza człowiekiem. Czwarta świeca zapala się właśnie tam. Na progu. Nie w środku. Nie w świątyni. Nie w domu, w którym pachnie cynamonem i bezpieczeństwem. Na progu, miejscu przejścia, wstydu, niezdecydowania. Tam, gdzie nie wiadomo, czy wejść, czy odejść. Gdzie człowiek jeszcze nie prosi, ale już nie ma siły udawać, że sobie radzi. I to jest moment, który konfrontuje. Bo jeśli Bóg przychodzi na próg, to znaczy, że nie czeka, aż się pozbierasz. Jeśli rodzi się poza systemem, to znaczy, że system nie jest warunkiem zbawienia. Jeśli wybiera noc, zmęczenie i brak miejsca, to znaczy, że twoje rozpadanie się nie jest przeszkodą. I tu zaczyna boleć. Bo współczesny człowiek nie boi się Boga surowego. Boi się Boga bliskiego. Boga, który widzi go takim, jakim jest naprawdę: bez wersji roboczej, bez duchowego makijażu. Boi się momentu, w którym nie może już powiedzieć: jeszcze nie teraz. Czwarta świeca mówi: - teraz. Nie jutro. Nie po terapii. Nie po naprawieniu wszystkiego. Teraz, w tym stanie, w którym jesteś. Z tym zmęczeniem, cynizmem, utratą sensu, z tym pytaniem, czy to wszystko w ogóle ma znaczenie. *** Ewangelia nie obiecuje, że będzie łatwiej. Obiecuje, że nie będziesz sam. A to różnica, której współczesny świat nie umie sprzedać, bo nie da się jej zmierzyć, zaplanować ani zmonetyzować. Czwarta świeca nie świeci, żeby było ładnie. Świeci, żebyś zobaczył, gdzie naprawdę stoisz. Na progu. Między tym, kim jesteś, a tym, kim już nie udajesz. I jeśli Adwent ma jeszcze jakikolwiek sens, to właśnie tu. Nie w dekoracji. Nie w nastroju. Tylko w tym momencie, gdy pozwalasz, żeby Bóg przyszedł nie tam, gdzie Go zapraszałeś, ale tam, gdzie Go najbardziej potrzebujesz. Bo światło nie przychodzi tylko do wystrojonych domów ze świecącymi oknami. Przychodzi przede wszystkim tam, gdzie drzwi są uchylone z braku sił, nie tylko z pobożności. I to jest dobra nowina. Nawet, jeśli kruszy naszą strefę komfortu.
Są trzy świece, przy których współczesny człowiek…
Są trzy świece, przy których współczesny człowiek czuje się względnie bezpiecznie. Da się je wpisać w kalendarz, w strategię przetrwania, w plan samodoskonalenia. Pierwsza mówi: jeszcze zdążę. Druga: pracuję nad sobą.…

Komentarze
Nie ma jeszcze opublikowanych komentarzy.
Chcesz dołączyć do rozmowy? Zaloguj się lub załóż konto.