Są rodzice, którzy mówią o wolności swoich dzieci w sposób, który przypomina raczej projekt architektoniczny niż miłość, ponieważ wolność w ich rozumieniu polega na tym, że dziecko ma być dokładnie takie, jakie oni uznali za właściwe, a kiedy próbuje być inne, natychmiast pojawia się analiza, diagnoza, poprawka, subtelna lub brutalna korekta kursu, jakby życie było maszyną wymagającą stałej regulacji. Psychologia zna to dobrze i nazywa to kontrolą ukrytą pod językiem troski, która bywa trudniejsza do rozpoznania niż jawna surowość, ponieważ dziecko nie słyszy wtedy „nie wolno”, lecz „chcę dla ciebie dobrze”, co brzmi jak ciepło, a działa jak klatka, gdyż za tym zdaniem często stoi niepokój rodzica, jego niespełnione ambicje albo jego własny lęk przed chaosem świata, który próbuje uporządkować życiem syna lub córki. Istnieje bowiem różnica między prowadzeniem a sterowaniem, podobnie jak istnieje różnica między obecnością a zarządzaniem czyimś losem, ponieważ prawdziwe wsparcie nie polega na nieustannym komentowaniu wyborów dziecka, lecz na takim byciu obok, które pozostawia przestrzeń na błędy, a jednocześnie sprawia, że człowiek wie, iż jeśli upadnie, nie zostanie sam ze swoim wstydem. Dlatego najbardziej dojrzała forma miłości rodzicielskiej jest paradoksalna, gdyż łączy wycofanie z uważnością, a brak ingerencji z gotowością do działania, co sprawia, że dziecko nie czuje się obserwowane jak projekt badawczy, lecz raczej przyjęte jak ktoś, kto ma prawo istnieć nie tylko wtedy, gdy spełnia oczekiwania. W tym sensie Biblia, która bywa czytana jako księga nakazów, zawiera jednocześnie niezwykle subtelną psychologię wolności, ponieważ Bóg, który w niej występuje, rzadko działa jak nadopiekuńczy kontroler, częściej jak ktoś, kto pozwala człowiekowi odejść nawet wtedy, gdy wie, że ta droga będzie bolesna. Przypowieść o synu marnotrawnym nie jest przecież historią o pedagogicznej skuteczności, lecz o ryzyku jakie niesie zdrowa miłość; nie zatrzymuje siłą, choć mogłaby próbować, ponieważ ojciec nie wysyła sług, nie manipuluje emocjonalnie, nie tworzy systemu zależności, lecz pozwala odejść, co w języku psychologii oznacza zgodę na autonomię, a w języku duchowym oznacza: - zaufanie silniejsze niż strach i wstyd. Jeszcze ciekawsze jest to, że ojciec z tej historii nie wygłasza później moralizujących przemówień, nie buduje narracji o własnym poświęceniu czy żąda rekompensaty emocjonalnej, lecz przyjmuje powracającego syna bez rachunku strat, co dla współczesnej mentalności, przyzwyczajonej do bilansowania relacji, pozostaje czymś niemal niezrozumiałym. Psychologia rozwojowa mówi dzisiaj coś bardzo podobnego, choć używa innych słów, gdy podkreśla, że dziecko, które doświadcza bezpiecznej więzi, nie potrzebuje ani buntu dla samego buntu, czy ucieczki dla samej ucieczki, ponieważ wie, że jego wartość nie zależy od oczekiwanej od niego perfekcji w przeżywaniu życia, lecz od samego faktu istnienia. Natomiast tam, gdzie miłość przejawia się w nieustannym ocenianiu i napominaniu, rodzi się szczególny rodzaj samotności, ponieważ dziecko może być fizycznie blisko rodziców, a jednocześnie wewnętrznie bardzo daleko, gdyż jego prawdziwe myśli i pragnienia nie mają gdzie się pojawić bez ryzyka, że zostaną natychmiast poprawione. Można więc powiedzieć, że krytyczna postawa, nawet jeśli jest intelektualnie uzasadniona, często niszczy coś znacznie ważniejszego niż błąd, który próbuje skorygować, ponieważ odbiera odwagę bycia sobą, a bez tej odwagi człowiek zaczyna żyć życiem zastępczym, które wygląda poprawnie, lecz od środka pozostaje puste. Najtrudniejsza forma rodzicielstwa polega zatem nie na wychowaniu silnego dziecka, lecz na powstrzymaniu się od używania własnej siły, kiedy można by nią łatwo wymusić posłuszeństwo, ponieważ prawdziwa siła objawia się wtedy, gdy ktoś rezygnuje z dominacji, choć ma do niej narzędzia. W Ewangelii można odnaleźć jeszcze jeden obraz tej logiki, gdy Jezus patrzy na bogatego młodzieńca, który nie potrafi pójść za nim, i nie zatrzymuje go, nie negocjuje warunków, nie obniża wymagań, lecz pozwala mu odejść zasmuconemu, co pokazuje, że nawet miłość, która widzi potencjał drugiego człowieka, nie zamienia się w przemoc, gdy ten wybiera inaczej. - To właśnie ten rodzaj relacji, w której obecność nie zniewala, a wolność nie oznacza obojętności, tworzy ludzi zdolnych do odpowiedzialności, ponieważ odpowiedzialność nie rodzi się z kontroli, lecz z doświadczania zaufania, które jest ciche i… … pozostawia trwały ślad, podobny do smugi światła, długo po tym, gdy ktoś zgasił lampę i wyszedł z pokoju.