Są ludzie, którzy wyobrażają sobie Boga jak wyjątkowo zmęczonego urzędnika wszechświata, siedzącego nad stertą ludzkich pomyłek z miną księgowego odkrywającego brakujące trzy grosze w bilansie stworzenia. Taki Bóg marszczy czoło, notuje przewinienia i najwyraźniej nie ma czasu na rzeczy lekkie, ponieważ od kilku tysięcy lat bezskutecznie próbuje ogarnąć gatunek, który po wynalezieniu filozofii używa jej głównie do usprawiedliwiania własnych zachcianek. A jednak Biblia, czytana uważniej i wolniej niż regulamin banku albo komentarze pod artykułem o zdrowym odżywianiu, odsłania momenty zaskakująco ludzkie, czasem wręcz przewrotnie zabawne. Balaam rozmawia z oślicą, która okazuje się rozsądniejsza od proroka. Jonasz obraża się na Boga niczym dziecko, któremu zepsuto plan zemsty. Sara śmieje się po cichu na wieść, że w podeszłym wieku urodzi syna, a Bóg, zamiast wygłosić teologiczny wykład o niewierze, pyta z pewnym spokojem: „Dlaczego Sara się śmieje?” (Rdz 18,13). To pytanie brzmi bardziej jak uwaga kogoś, kto siedzi przy stole i dobrze zna naturę człowieka, niż jak grom z nieba. W apokryfach bywa jeszcze ciekawiej. W niektórych wczesnochrześcijańskich opowieściach Jezus przedstawiony jest z czułością, której późniejsza religijna powaga trochę się przestraszyła. Ewangelia Dzieciństwa Tomasza, mimo swojej dziwności i momentami surowego tonu, pokazuje dziecko niezwykłe, nieprzewidywalne, czasem wręcz figlarne, jakby autor przeczuwał, że boskość pozbawiona spontaniczności przypominałaby raczej maszynę niż żywe istnienie. Filozofowie także krążyli wokół tej myśli, choć zwykle robili to z minami ludzi, którzy od dawna nie byli na spacerze. Kierkegaard pisał, że komizm i tragizm stoją bardzo blisko siebie, ponieważ człowiek jest jednocześnie istotą cielesną i nieskończoną. Gdyby duński filozof żył dziś, prawdopodobnie zauważyłby, iż największym dowodem metafizycznej odwagi pozostaje próba zachowania godności podczas rozmowy wideo, kiedy filtr przypadkiem zamienia twarz użytkownika w czerstwego ziemniaka. Z kolei Chesterton, który rozumiał chrześcijaństwo lepiej niż wielu zawodowych specjalistów od ponurych min, pisał: „Aniołowie potrafią latać, ponieważ traktują siebie lekko.” („Ortodoksja”). To zdanie wydaje się niemal herezją w epoce ludzi śmiertelnie obrażonych na wszystko, łącznie z pogodą i źle spienionym mlekiem do kawy. Humor Boga w Biblii rzadko przypomina kabaret. Nie polega na upokarzaniu słabszych ani na triumfalnym śmiechu silniejszego. Częściej objawia się przez ironię losu, która obnaża ludzką pychę z czułością starego ojca obserwującego dziecko próbujące samodzielnie naprawić radio młotkiem. Mojżesz, jąkający się pasterz, zostaje mówcą narodu. Dawid, najmniej imponujący z synów Jessego, zostaje królem. Piotr, chwiejny i impulsywny, ma budować Kościół. Gdyby taki scenariusz trafił dziś do dużego studia filmowego, producent poprosiłby o „większy realizm psychologiczny”. Możliwe więc, że poczucie humoru Boga polega między innymi na nieustannym wybieraniu ludzi kompletnie nieprzystosowanych do wielkich rzeczy. Cioran uważał, iż człowiek jest „ślepą uliczką biologii”, natomiast Księga Psalmów mówi: „Uczyniłeś go niewiele mniejszym od istot niebieskich.” (Ps 8,6). Pomiędzy tymi dwoma zdaniami mieści się cała historia ludzkości: - istoty zdolnej pisać symfonie, odkrywać prawa fizyki, ratować obcych ludzi podczas wojny, a chwilę później kłócić się w internecie o to, czy makaron powinno się łamać przed gotowaniem. Trudno uwierzyć, by Stwórca nie dostrzegał tej absurdalnej mieszanki wzniosłości i komedii. W tradycji żydowskiej istnieje piękna opowieść talmudyczna o rabinach spierających się z Bogiem podczas interpretacji prawa. Gdy jeden z cudów ma potwierdzić boski argument, pozostali odpowiadają, że „Tora nie jest już w niebie”. Wtedy Bóg, według tej historii, śmieje się i mówi: „Moje dzieci mnie pokonały.” (Baba Mecja 59b). Nie brzmi to jak tyran obrażony na samodzielność człowieka. Bardziej jak ktoś, kto naprawdę ceni relację. Być może właśnie dlatego w Ewangeliach tak często pojawia się radość stołu, wesela, wspólnego jedzenia i wina. Chrystus nie chodzi wyłącznie po cmentarzach i pustyniach. Bywa na ucztach. Rozmawia. Opowiada przypowieści, w których roi się od przesady, zaskakujących point i celnych obserwacji ludzkiej natury. Wielbłąd przechodzący przez ucho igielne jest przecież obrazem niemal groteskowym, a jednocześnie tak trafnym, że pamięta się go przez tysiące lat. Może więc pytanie nie brzmi: „Czy Bóg ma poczucie humoru?”, lecz raczej: - dlaczego człowiek tak często uważa świętość za coś ponurego. Zwłaszcza że świat, oglądany uczciwie, przypomina momentami dziwną tragicomedię pisaną wspólnie przez Dostojewskiego, Pratchetta i bardzo zmęczonego anioła dyżurnego. A mimo to każdego ranka ktoś karmi kota, inny całuje śpiące dziecko w czoło, ktoś przebacza dawno noszoną urazę a jeszcze ktoś próbuje wierzyć, choć życie od miesięcy wygląda jak źle złożona szafa z instrukcją po fińsku. I możliwe, że właśnie wtedy Bóg uśmiecha się najbardziej.