Są kobiety, które noszą w sobie cały świat jakby ich ciało było połączeniem azylu, apteki i kościoła. Zawsze jest w nich miejsce na cudzy ból, czas na cudze potrzeby, ucho dla cudzej spowiedzi. W ich życiu nie ma przestrzeni pustej a każda luka natychmiast wypełniana jest czyimś oczekiwaniem. Z psychologicznego punktu widzenia to wzorzec, który rodzi się wcześnie. Zazwyczaj z dziewczynki, która zbyt szybko zrozumiała, że miłość ma warunki; - Jeśli będziesz grzeczna - tata się uśmiechnie. - Jeśli przyniesiesz piątkę ze szkoły - mama nie będzie smutna. Z tej prostej logiki wyrasta później dorosła kobieta, która zamiast pytać: - czy mnie to boli? pyta: - czy komuś nie będzie przykro, jeśli odmówię? W relacjach staje się kimś, kogo trudno nie kochać bo jest dobra, lojalna, wyrozumiała, gotowa pomóc nawet wtedy, gdy nikt jej o to nie prosi. Ale ta sama cecha, która budzi zachwyt, staje się więzieniem. Bo świat (a nawet bliscy) bardzo szybko uczy się korzystać z ludzi, którzy nie potrafią powiedzieć „nie”. Ona daje, bo wierzy, że wtedy zostanie… - Że jeśli będzie niezastąpiona, to zostanie pokochana. - Że jeśli udźwignie wszystko, to w końcu ktoś ją odciąży. Tyle że to nigdy nie działa. Miłość, którą zdobywa się wysiłkiem, kończy się zmęczeniem. Dawanie bez przyjmowania prowadzi do wyczerpania, a wyczerpanie do gniewu. Tego cichego, wstydliwego gniewu, który nie ma gdzie się pomieścić. W duchowym sensie to grzech, o którym się nie mówi: - grzech nieufności wobec dobra. Bo przyjęcie wymaga zaufania. Trzeba uwierzyć, że drugi człowiek może dać coś z czystej intencji, że Bóg może kochać nie dlatego, że zasługujemy, tylko dlatego, że jesteśmy. Kiedy kobieta, która całe życie dawała, nagle słyszy: - pozwól, że ci pomogę, całe jej ciało reaguje jak na zagrożenie. Umysł szepcze: - znowu coś będą chcieli w zamian. To nie jest duma. To trauma. To system alarmowy, który nauczył się, że każde przyjęcie kończy się stratą i jeszcze większym wysiłkiem. A jednak to właśnie w przyjmowaniu kryje się uzdrowienie. Nie w kolejnym geście poświęcenia, nie w udowadnianiu, że można być „silną”, ale w pozwoleniu, by ktoś inny był silny dla niej. To moment, w którym człowiek dotyka rdzenia wiary: - zaufania, że dobro istnieje naprawdę. Że nie każda wyciągnięta ludzka dłoń to pułapka. Że Bóg nie żąda nic w zamian, poza zgodą na to, by się tobą zaopiekował. Psychologia nazywa to zdrowym egoizmem, Biblia pokorą serca. Bo przyjąć dar, to uznać, że nie jesteś samowystarczalna, że też potrzebujesz miłości. To wcale nie osłabia. To uczłowiecza. *** Wielu ludzi przez całe życie daje, bo boją się, że jeśli przestaną, znikną. Ale prawda jest odwrotna: - dopiero w przyjęciu zaczynasz istnieć naprawdę. - Bo dopiero wtedy wiesz, że jesteś dla kogoś ważna nie dlatego, co robisz, lecz dlatego, kim jesteś. *** Czasem myślę, że gdy Bóg patrzy na takie kobiety, nie widzi ich jako męczennic. Widzi w nich ciche świątynie, w których płonie światło troski. I szepcze im w nocy, kiedy nikt nie słyszy: - Zostaw już to wszystko. Odłóż. - Daj mi teraz siebie. Bo nawet miłość trzeba czasem nakarmić miłością. *** czasem, kiedy zasypia, słyszy głos. nie ten z zewnątrz. ten z wnętrza siebie. głos, który nie nakazuje, nie tłumaczy, tylko mówi z niepojętą łagodnością: wystarczy, że jesteś. ona wtedy napina palce, jakby chciała się bronić, bo całe życie uczono ją, że miłość trzeba zasłużyć, że nawet Bóg rozdaje łaski jak nauczyciel oceny. więc milczy. czeka, aż ten głos zamilknie, bo nie umie w niego uwierzyć. bo gdy coś brzmi zbyt czuło, serce przypomina o wszystkich razach, kiedy czułość kończyła się bólem. a On nie odchodzi. siedzi gdzieś przy jej łóżku, jak ktoś, kto ma czas, i nie oczekuje niczego w zamian. i mówi: przez tyle lat byłaś moimi ramionami dla innych, teraz pozwól, że będę twoimi. pozwól, że teraz poniosę ciebie. ona wtedy płacze, bo nie pamięta, kiedy ostatnio ktoś ją niósł. może w dzieciństwie, a może nigdy. Bóg wie, że jej serce jest jak ziemia po pożarze: czarne, ciepłe, gotowe przyjąć deszcz, ale jeszcze drży na sam jego dotyk. więc nie rzuca błyskawic, nie woła z nieba. po prostu kładzie dłoń na jej ramieniu i pozwala, żeby pierwszy raz w życiu… nic nie musiała oddawać. bo przyjmowanie to nie słabość. to święto odzyskanej ufności. to moment, w którym kobieta, która przez lata żyła w trybie ratunkowym, po raz pierwszy pozwala się nieść. i wtedy wreszcie słyszy: moja córko, nie musisz już dawać, żeby zasłużyć na miłość. ja jestem Miłością, która przyszła po to, żebyś wreszcie mogła odpocząć.
Są kobiety, które noszą w sobie cały…
Są kobiety, które noszą w sobie cały świat jakby ich ciało było połączeniem azylu, apteki i kościoła. Zawsze jest w nich miejsce na cudzy ból, czas na cudze potrzeby, ucho dla cudzej spowiedzi. W ich życiu nie ma…

Komentarze
Nie ma jeszcze opublikowanych komentarzy.
Chcesz dołączyć do rozmowy? Zaloguj się lub załóż konto.