Rodzice mówią: „Słuchaj nas, bo tak jest dobrze.” Dzieci słuchają, bo jeszcze nie wiedzą, że świat to duży, trzaskający neonem bazar, na którym wszystko - od marzeń po zasady - można wymienić na coś błyszczącego. A potem dorastają i widzą, że ten bazar jest w połowie pusty, w połowie pełny, a w całości sprzedaje towar z drugiej ręki. Biblia mówi: „Czcij ojca swego i matkę swoją”, a ja sobie myślę, że to zdanie jest jak most. Łączy brzeg Boski i brzeg ludzki. Tyle że czasem po tym moście idzie się w obie strony z innym ładunkiem. Rodzice dają życie. Dzieci dają posłuszeństwo. Ale tylko dopóki to posłuszeństwo nie jest jak stara lina: szorstkie, rwące skórę, a jednak wymagające, żeby trzymać się kurczowo. Napoleon powiedział kiedyś, że wychowanie dziecka zaczyna się dwadzieścia lat przed jego narodzinami w edukacji matki. W gruncie rzeczy brzmi to jak dziwnie elegancka wersja powiedzenia: „Lepiej przygotuj się, zanim zabierzesz się do roboty, która może cię przerosnąć”. Tylko że w rodzinach, które znam, przygotowanie wyglądało raczej jak niekończąca się improwizacja. Rodzice myśleli, że wiedzą, co robią, bo mieli już stół, krzesła i kredyt. Dzieci myślały, że rodzice są niezniszczalni, bo potrafią prowadzić samochód, udawać spokój i wyciągają pieniądze z maszynek. A potem pojawia się Bóg. Cicho. Nie jak kontroler, ale jak ktoś, kto obserwuje zza szyby i wie, że rodzice mają w rękach coś kruchego. I że jeśli je upuszczą, to nie wina grawitacji, tylko nieuwagi. Największe niebezpieczeństwo dla dziecka? Nie brak jedzenia, nie zła szkoła. Rodzice, którzy myślą, że nie muszą już niczego uczyć, bo „przecież dali życie”. Tacy, którzy chcą być idealni w żywieniu i ubieraniu. Posłuszeństwo w domu to nie jest umowa na ślepo. To jest raczej cichy kontrakt, w którym obie strony wiedzą, że to, co się dzieje w środku, prędzej czy później wycieknie na zewnątrz… do szkoły, na ulicę, w dorosłe relacje. I może właśnie dlatego Biblia i te wszystkie stare księgi tak się upierają, żeby zacząć od tego czwartego przykazania. Bo jeśli ten most się zawali, to wszystkie inne brzegi przestaną mieć znaczenie. *** Jezus był posłuszny Marii i Józefowi. Wyobraź to sobie: Bóg-Człowiek w kuchni, myjący gliniane miski, bo Matka powiedziała, że trzeba. Aniołowie drżeli w ciszy, patrząc na to, jak Ten, który stworzył gwiazdy, słucha matczynego: „Jeszcze raz przepłucz, synu”. I wtedy rozumiesz, że posłuszeństwo to nie jest upokorzenie. To jest dziwna forma miłości, która czasem każe schować własną wielkość do kieszeni, żeby ktoś obok mógł poczuć, że ma wpływ. Jezus, który mógłby jednym słowem zatrzymać czas, wybierał, by go wypełnić pomocą w warsztacie Józefa. Trzydzieści lat codzienności przed trzema latami cudów. Tylko, że my współcześni lubimy cuda bez warsztatu. Chcemy, żeby nasze dzieci były dobre, ale żeby nie wymagało to zbyt wielu rozmów po pracy. Chcemy, żeby były mądre, ale bez trudnych pytań przy kolacji. Chcemy, żeby nas słuchały, ale niekoniecznie same miały głos. A gdy dom przestaje uczyć posłuszeństwa, ktoś inny się tym zajmuje. Państwo, szkoła, internet. Problem w tym, że wszystkie te instytucje są jak dalecy krewni - mogą pomóc, ale nie kochają cię tak, żeby pamiętać, jak wyglądałeś, gdy miałeś cztery lata i katar. I nagle ten most między „czcij ojca i matkę” a „kochaj bliźniego” zaczyna się rozpadać. Bo jeśli nie nauczysz się miłości w domu, to w świecie nauczysz się raczej jej karykatury. Posłuszeństwo staje się wtedy czymś wymuszonym, a nie ofiarowanym. A z wymuszonego posłuszeństwa rodzi się bunt. Ten gorzki, co zostaje na całe życie. Może właśnie dlatego Biblia tak często pokazuje obrazy, w których bunt nie jest bohaterem, tylko stratą. Tak jak u Lucyfera, który znał Boga, ale uznał, że lepiej żyć po swojemu. *** Widziałem kiedyś starszego mężczyznę na przystanku. Miał w ręku mały woreczek z bułką i jabłkiem, a obok niego stał chłopak w słuchawkach. Nie rozmawiali. Ale było w tym coś, co rozpoznałem od razu - ten niewidzialny sznurek, który łączy ludzi, zanim jeszcze ktoś wypowie „proszę” albo „dziękuję”. Może właśnie tak wygląda prawdziwe „czcij ojca i matkę” w czasach, kiedy słowa szybciej parują z ust niż zdążą dotknąć czyjegoś serca. Nie wielkie gesty. Nie patetyczne mowy. Tylko ten sznurek. Czasem napięty, czasem luźny, ale wciąż obecny. I może Bóg nie liczy, ile razy ktoś był idealnym rodzicem czy idealnym dzieckiem. Może liczy, ile razy ten sznurek został związany na nowo, nawet po tym, jak ktoś go przeciął. Bo jeśli jest most, to musi być też ktoś, kto wciąż na nim czeka, żeby bezpiecznie przeprowadzić na drugi brzeg.