Puste słowo „kocham”. Wypowiedziane z ust, które jeszcze wczoraj milczały w obliczu twoich łez. Wpisane w wiadomość, gdy nie ma cię kto przytulić. Przeklejone z poprzedniej relacji, jak emotka w pośpiechu. „Kocham.” I tyle. A człowiek zostaje sam. W świecie, który mierzy miłość lajkami, wspólnym kontem i dostępem do lokalizacji, prawdziwe „kocham” jest jak list pisany ręcznie: zbyt osobiste, zbyt kruche, zbyt powolne, by nadawało się do codziennego użycia. A jednak - bez niego umieramy. Nie od razu. Najpierw powoli. Z dnia na dzień odklejamy się od rzeczywistości. Zmniejszamy oddech. Zamieniamy serca w algorytmy: jeśli ona zrobi X, to ja odwzajemnię Y. A przecież kocham to nie transakcja. To nie warunek. To decyzja o obecności nawet wtedy, gdy boli. Psychologia powie: miłość to bezpieczna więź, zbudowana na uważności, zaangażowaniu i trosce. Ale jak masz zbudować więź z kimś, kto mówi „kocham”, a potem zostawia cię z twoimi demonami sam na sam? Z kimś, kto nie umie słuchać, kto boi się twoich łez, twojego gniewu, twojej kruchości? Prawdziwa miłość to trwanie przy kimś, gdy nie masz żadnej gwarancji, że będzie lepiej. To siedzenie obok, gdy świat wali się w gruzy. Nie szukanie rozwiązań. Nie pocieszanie. Po prostu bycie. Społeczeństwo to zbiór jednostek, które nie umieją już czekać. Nie umieją cierpieć razem. Nie uczono nas, że miłość to czasem: pranie jej rzeczy, gdy ona leży z migreną, rozmrożenie gniewu milczeniem, przyjęcie odmowy bez obrazy, zrobienie herbaty, gdy nie ma już o czym gadać. Żyjemy w kulturze „instant”. Miłość ma być szybka, intensywna, przyjemna. Jak fast food. Jak Tinder w niedzielę. Jak wakacyjna fotka z podpisem „my love” - wrzucona tuż przed rozstaniem. Literatura od zawsze krzyczy: kochaj naprawdę albo nie mów nic. Dante szedł przez piekło, żeby znaleźć Beatrycze. Anna Karenina rzuciła wszystko w imię uczucia. Zarówno ci, którzy zginęli, jak i ci, którzy przeżyli, pokazali jedno: miłość bez poświęcenia to tylko dekoracja. Gdy Goethe pisał „Cierpienia młodego Wertera”, chciał pokazać, że prawdziwe uczucie boli. Ale także leczy. Bo to, co boli, budzi nas do życia. A więc co? - Nie mówić „kocham”? - Mówić! Ale dopiero po ugotowaniu dla ukochanej obiadu. Po zmyciu naczyń. Po wyjściu z siebie. Po zostaniu, kiedy chciało się wyjść. Mówić dopiero wtedy, gdy jest się gotowym zrezygnować z siebie - choćby na chwilę - żeby ktoś drugi miał miejsce do oddychania. W Liście św. Jana padają słowa: “ Dzieci, miłujmy nie słowem ani językiem, lecz czynem i prawdą.” Nie uczuciem, które przeminie. Nie deklaracją, którą można skopiować. Ale czynem i prawdą. Czyli: jestem, gdy ciemność. Słucham, gdy się boisz. Przytulam, choć sam pękam od środka. Świat nie potrzebuje więcej słów „kocham”. Świat potrzebuje więcej obecności. Więcej ludzi, którzy są. Którzy wyłączają telefon. Którzy robią kanapkę. Którzy mówią „jestem” i zostają, choć nie muszą. Bo tylko wtedy „kocham” przestaje być pustym słowem. Staje się ciałem i krwią. Jak chleb. Jak dotyk. Jak Bóg, który przyszedł - nie z nieba, ale między nas. I nie powiedział: „kocham”. Powiedział: „Zostańcie ze mną, choćby jedną godzinę.” I został z nami - na zawsze. Miłość? To nie słowo. To obecność, która nie znika, gdy gasną światła. Właśnie tego teraz wszyscy najbardziej potrzebujemy. Nie „kocham cię” - tylko „nie odchodzę”. To drobne gesty we wspólnej codzienności. I tego Ci życzę… ❤️
Puste słowo „kocham”
Puste słowo „kocham”. Wypowiedziane z ust, które jeszcze wczoraj milczały w obliczu twoich łez. Wpisane w wiadomość, gdy nie ma cię kto przytulić. Przeklejone z poprzedniej relacji, jak emotka w pośpiechu. „Kocham.” I…

Komentarze
Nie ma jeszcze opublikowanych komentarzy.
Chcesz dołączyć do rozmowy? Zaloguj się lub załóż konto.