Psychologia rozwojowa od dawna wie, że dziecko nie buduje „ja” na podstawie zdarzeń, ale na podstawie INTERPRETACJI konkretnych zdarzeń zapożyczonych od dorosłych. Najpierw ktoś myśli za nie. Potem ono robi to samo, tymi samymi słowami,podobnym rytmem i taką samą surowością albo czułością. Ten proces nie jest metaforyczny. To realna konstrukcja psychiczna. Wewnętrzny narrator. Superego. Głos sumienia. Jakkolwiek go nazwać, jego źródło jest zewnętrzne. Pochodzi z relacji, w których dziecko było zależne i bezbronne. Dlatego słowa wypowiadane do dzieci nie „przemijają”. One się osadzają. Jak kod źródłowy. Późniejsze doświadczenia nie kasują go, najwyżej nadpisują, często nieskutecznie. Dorosły, który panicznie boi się błędu, nie boi się samego błędu tylko dawnego tonu dezaprobaty, nie potrafi odpocząć, nadal próbuje zasłużyć na spokój, nie umie przyjąć miłości, bo na przykład został kiedyś nauczony, że bliskość może być warunkowa. Biblia mówi o tym językiem prostym, niemal brutalnym: „Ojciec jedzący kwaśne grona - synom cierpną zęby”. To zdanie opisuje dziedziczenie nie winy, lecz konsekwencji. Atmosfery. Sposobu bycia w świecie. Nie chodzi o karę, tylko łańcuch ciągłości. Jezus wchodzi w ten mechanizm nie przez pouczanie, lecz przez zmianę narracji. Zwraca się do ludzi inaczej, niż przywykli słyszeć. Nie neguje ich upadków, ale nie pozwala im uczynić z nich definicji siebie. „Idź i nie grzesz więcej” pada po „nikt cię nie potępił”, nigdy odwrotnie. Kolejność jest kluczowa. To samo dotyczy dzieci. Najpierw musi pojawić się doświadczenie bycia przyjętym, dopiero potem korekta. Bez tego korekta staje się manipulacją ubraną w pedagogikę. Największym kłamstwem wychowawczym jest przekonanie, że dzieci „nie rozumieją”. One rozumieją doskonale, tylko nie na poziomie argumentów. „Odczuwają intelektem” , czy są bezpieczne. Czy ich emocje mają prawo istnieć, a miłość, czy jest reakcją czy stałą wartością. W dorosłym życiu ten pierwotny głos nie znika. Zmienia tylko kostium, udaje rozsądek, moralność. Czasem Boga. I tu pojawia się najgłębszy problem duchowy: wielu ludzi nie odrzuca Boga, oni odrzucają głos, który podszywa się pod Boga, a który kiedyś do nich mówił z pogardą, chłodem albo warunkowo. Dlatego odpowiedzialność za słowo do dziecka jest ważniejsza niż poza. To odpowiedzialność za jego przyszły obraz świata, siebie i Boga. Nie da się mówić byle jak i liczyć, że miłość wszystko naprawi. Miłość przychodzi do człowieka nie tylko przez uczynki, ale też przez język, który może pocieszyć albo wychłostać. *** Z Księgi Ezechiela: „Ojcowie jedli kwaśne grona, a synom zdrętwiały zęby.” (Ez 18,2 Biblia Tysiąclecia) Ten sam motyw pojawia się też wcześniej u Jeremiasza: „W owych dniach nie będą już mówić: ‘Ojcowie jedli kwaśne grona, a synom cierpną zęby’.” (Jr 31,29) To było przysłowie ludowe, którym Izrael tłumaczył swoje nieszczęścia: - my cierpimy za cudze grzechy. Ezechiel przywołuje je po to, żeby je rozbroić. Cały 18-ty rozdział mówi jasno: odpowiedzialność moralna nie przechodzi mechanicznie z ojca na dziecko. Ale, i tu jest poziom głębszy, psychologiczny; KONSEKWENCJE sposobu życia są dziedziczone. Biblia rozróżnia: winę: nie dziedziczoną, skutek: dziedziczony bardzo często. Dlatego to zdanie tak dobrze pracuje dziś w psychologii relacyjnej. Nie jako teologia kary. Jako opis mechanizmu: klimat, język, lęk, sposób kochania przechodzą dalej, nawet jeśli nikt tego nie chce. Ezechiel mówi: Bóg nie karze dzieci za winy ojców. Psychologia dodaje: ale dzieci żyją w świecie zbudowanym przez rodziców.