Prorocy, ci starożytni, uparci kronikarze ludzkiego upadku i jeszcze bardziej upartej nadziei, mówili o Nim długo, zanim ktokolwiek nauczył się wymawiać Jego imię bez drżenia, i robili to z osobliwą pewnością ludzi, którzy widzieli już, jak kończy się pycha, jak rozsypuje się przemoc, jak człowiek, ilekroć próbuje zbawić się sam, kończy zwykle z pustymi rękami, pełnym kontem win i sercem, które przypomina zamknięty magazyn po przejęciu komorniczym. Mówili więc o Kimś, komu będzie można zaufać bez tej całej nerwowej buchalterii duszy, bez religijnego excela, w którym człowiek z trudem wpisuje własne zasługi, a jeszcze trudniej ukrywa straty, i powtarzali, że ten, kto w Nim złoży zaufanie; nie deklarację, pozę, czy dobrze odegraną pobożność na użytek sąsiadów, lecz prawdziwy ciężar własnego serca, otrzyma to, czego sam sobie dać nie potrafi:
- odpuszczenie. Nie uniewinnienie z braku dowodów czy sprytne obejście wyroku albo duchową kosmetykę dla ludzi, którzy chcieliby wyglądać na mniej pękniętych, niż są naprawdę.
- Odpuszczenie. A to, jak wiadomo, jest czymś znacznie bardziej niepokojącym, bo oznacza, że ktoś nie tylko widzi całą prawdę o tobie, tę małą, żałosną ekonomię zdrad, lęków, zaniechań i kompromisów, które nazywałeś koniecznością, ale widzi ją do końca i mimo to nie cofa ręki. I właśnie to, powtarzali prorocy z uporem ludzi, których mało kto słuchał, a którzy i tak mieli rację, miało być największym skandalem Boga:
- że przebaczenie nie przychodzi do człowieka dlatego, że ten wreszcie stał się godny, lecz dlatego, że Bóg od początku nie przestał być miłosierny.