PRAWDA TO NIE PREZENT - TO DETONATOR ~ (czyli jak straciłem kilka osób, zyskałem siebie i wreszcie przestałem się bać własnych wspomnień) Kilka lat temu zrobiłem coś, czego większość ludzi unika jak niewygodnych pytań przy świątecznym stole. Zacząłem lepiej rozumieć Biblię i odkryłem prawdę o sobie. Nie jakąś romantyczną, dobrze oświetloną prawdę, którą można wypowiedzieć w towarzystwie i nikt się nie skrzywi. Prawdę pełną cierni i cienia. Z zapachem niedopowiedzeń, z odciskiem winy na języku. Prawdę, która była żywa, nawet jeśli głęboko zakopana. I - nie pytajcie dlaczego, może z głupoty, a może z tęsknoty - postanowiłem się nią podzielić z najbliższymi. I wiecie co się stało? Niektórzy odeszli. A raczej: - wycofali się, jakby dotknęli czegoś zbyt prawdziwego, żeby móc dalej udawać. Jakby odarcie ze złudzeń było gorsze niż samo kłamstwo. Jakby bycie dla nich „tu i teraz” nie wystarczyło, skoro przeszłość nie była dostatecznie wygładzona. I może właśnie dlatego wcześniej milczałem. Nie dlatego, że chciałem kogokolwiek oszukać. Nie dlatego, że brakowało mi odwagi. Tylko dlatego, że są rzeczy, które mówi się stopniowo, warstwami, z miłością do ich delikatności. I ze strachu oraz wstydu. Po prostu myślałem, że przeszłości już nie ma liczy się to, kim byłem dla bliskich przez ostatnie kilka lat. Ale, jak wiemy z psychologii, niewypowiedziane nie znika - ono fermentuje. Carl Jung powiedział kiedyś, że wszystko, czego nie przyznasz, wróci do ciebie jako los. I tak było. Milczenie wracało jak echo - coraz głośniejsze. W końcu pękłem. I powiedziałem wszystko. Własnymi słowami. We własnym tempie. Nie w proteście, nie w żalu. W prawdzie. Ale nie wszystkim. A to wystarczyło, aby plotka stała się stugębna. Na dodatek poszedłem dalej: - złożyłem tak zwane „publiczne świadectwo. Tak przed wspólnotą jak i na antenie stacji radiowej. Szaleństwo, no nie? Działo się. Efekt? Jak w eksperymencie socjologicznym z serii „co się stanie, gdy odważysz się być sobą”: - część ludzi odeszła, - część została, - ja zostałem sobą. W socjologii mówi się, że społeczeństwo to teatr. Goffman nazwał to prezentacją siebie. Codziennie odgrywamy jakieś wersje: syna, męża, eksperta, fajnego typa przy grillu. Ale każda z tych ról niesie koszt. I jeśli choć raz zejdziesz ze sceny i powiesz: „hej, to ja - bez kostiumu, bez makijażu, z winą, ale też z miłością” - to ryzykujesz wszystko.Ale też dopiero wtedy możesz naprawdę być, nie tylko grać. W literaturze pięknej prawda zawsze ma cenę. U Dostojewskiego - prawda boli, ale oczyszcza. U Camusa - prawda bywa bez sensu, ale w niej jedynej człowiek może być wolny. U Rilkego - prawda jest jak gość, którego zapraszasz w środku nocy, mimo że nie masz nic do podania. Ale on i tak siada i słucha. U Herberta - prawda nie jest z marmuru. Jest z ciała. Z krwi. Z głosu, który nie zgadza się milczeć. W Biblii prawda nie jest doktryną. Jest Osobą. „Ja jestem drogą, prawdą i życiem.” (J 14,6) To nie znaczy: wiem wszystko. To znaczy: jestem cały, spójny, obecny. Jezus nie pytał ludzi o ich przeszłość, by ich potępić, tylko po to, by ich uzdrowić. I prawda, którą głosił, nie była teorią. Była relacją. Z sobą. Z innymi. Z Bogiem. A może właśnie o to chodzi? Że prawda nie jest czymś, co się posiada. Prawda jest kimś, kim się jest - albo nie. Zapłaciłem. Straciłem kilka osób. Ale nie żałuję ani sekundy. Bo pierwszy raz w życiu nie muszę kombinować, co komu powiedziałem. Nie mam plików tymczasowych w głowie. Nie muszę się wstydzić tego, kim byłem - bo wreszcie jestem tym, kim jestem. I wiecie co? To jest lekkość. Nie z gatunku „wszystko będzie dobrze”. Ale z gatunku: „nawet jeśli nie będzie dobrze - to będzie naprawdę”. I ostatnie słowo niech będzie nie moje: „Poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli.” (J 8,32) To nie blef. To nie slogan. To najprawdziwsza obietnica, jaką człowiek może sobie dać.