„PANIE, ty jesteś moim Bogiem; będę cię wywyższać i wysławiać twoje imię, bo uczyniłeś cudowne rzeczy; twoje postanowienia, z dawna powzięte, są wiernością i prawdą.” ‭‭Izajasza‬ ‭25‬:‭1‬ ‭UBG‬‬ *** Człowiek, kiedy naprawdę zaczyna myśleć o Bogu, natychmiast staje się trochę bardziej kruchy, trochę bardziej miękki w środku. Jakby coś w nim się odwiązywało, jakby luzował pasek, który trzymał go sztywno przez cały dzień. Bo uwielbienie, choć wszyscy kojarzą je głównie ze śpiewaniem, jest bardziej jak chwila, w której nagle uświadamiasz sobie, że oddychasz. Że ktoś ci dał ten oddech. Biblia, ten dziwny, piękny zbiór ludzkich tęsknot, zwątpienia, złości i miłości, przepełniona jest ludźmi, którzy próbowali uchwycić Boga słowem, gestem, westchnieniem. Nie tylko pieśnią. Raczej: zdumieniem. Jak wtedy, gdy ktoś nagle zatrzymuje się w połowie drogi, bo widzi coś tak prostego i tak oszałamiającego, że musi to nazwać Bogiem. Uwielbienie to właściwe myślenie o Bogu, a właściwe myślenie zaczyna się wtedy, kiedy człowiek wreszcie przestaje robić wrażenie na samym sobie. Kiedy pozwala sobie zobaczyć Boga takim, jaki jest: nie jako projekt, nie jako zadanie, nie jako dekorację na górze odhaczonych modlitw. Ale jako Kogoś, kto naprawdę jest. Ktoś, kto działa, nawet gdy my milczymy. Ktoś, kogo wierność jest tak uparta, że przebija się nawet przez nasze najbardziej zakorzenione wątpliwości. Izajasz, w tym swoim mocnym, cichym momencie z 25-go rozdziału, robi coś, czego współczesny człowiek już prawie nie potrafi: zatrzymuje się i mówi Bogu: - dziękuję, że jesteś. Nie: - dziękuję za rzeczy, które dostałem. Nie: - dziękuję, że spełniłeś moją prośbę. Raczej: - dziękuję, że jesteś właśnie taki; wierny, piękny, większy niż moje słowa, a jednocześnie bliski. I Izajasz nie śpiewa tutaj żadnego hymnu. On po prostu patrzy na Boga jak na kogoś, kto naprawdę istnieje. Jak na kogoś, kto od zawsze był obok nawet wtedy, kiedy człowiek próbował Go zagłuszyć własnymi planami. To jest uwielbienie: - zachwyt, który zaczyna się w środku człowieka, tam gdzie są jego porażki, jego drobne radości, jego zmęczenie i jego małe, skryte modlitwy, których nie umiał nazwać na głos. Więc może dziś, zanim znów zaczniesz walczyć z czasem, światem, sobą… usiądź na chwilę. Tak zwyczajnie. Jak człowiek, który próbuje przypomnieć sobie czyjąś twarz. Pomyśl o Bogu, który jest dobry, wierny, cierpliwy bardziej, niż się godzi być wobec ludzi. Pomyśl o tych drobnych błogosławieństwach, które mijasz w pośpiechu: ciepłych dłoniach, czyimś uśmiechu, tym, że wciąż tu jesteś. A potem spróbuj zrobić jedną rzecz, prostszą niż modlitwa: - zachwyć się Nim. Choćby na kilka minut. I pozwól, żeby ten zachwyt stał się twoją cichą pieśnią. Tylko tyle. A może właśnie aż tyle.