Od zawsze wierzyłem w Boga. Może dlatego, że jako dziecko zobaczyłem Go nie jako monarchę z siwą brodą, ale jako kogoś bardzo prostego, niemal bezbronnego w swojej czułości - przyjaciela siedzącego obok mojego dziecięcego łóżka, gdy organizm przegrywał z gorączką. W tamtej malignie nie było objawienia, nie było chóru aniołów, była tylko obecność. Spokojna. Cicha. I jedno zdanie, które przebiło się przez szum termometru i pisk kroplówki: „Będzie dobrze, młody, to tylko penicylina poszła nie tam, gdzie trzeba.” Wtedy po raz pierwszy pomyślałem, że Bóg to nie ten, który unosi się ponad światem, ale ten, który wchodzi w środek mojej rozpaczy i zostaje. Ale to, że wierzyłem, nie znaczy, że nie wątpiłem. Być może nawet częściej wątpiłem, niż wierzyłem. Bo jak tu wierzyć, gdy rzeczy najprostsze - misie, pistolety, miłość - nie przychodziły, albo przychodziły popsute. Jak tu ufać, gdy Bóg wydawał się bardziej milczącym urzędnikiem niż przyjacielem z dziecięcej wizji. Psychologia nazywa to kryzysem zaufania pierwotnego, socjologia - rozczarowaniem nowoczesnością, Biblia nocą duszy. A życie? Życie nazywa to dorastaniem. Człowiek nie jest maszyną do wiary. Jest raczej stacją pogodową - wrażliwą na zmiany ciśnienia łaski i uderzenia życiowych frontów atmosferycznych. Raz ma w sobie wiosnę - modlitwa płynie, dziękczynienie jak łosoś pod prąd. Innym razem - zima, twarda jak bruk po deszczu - i modlisz się tylko, żeby się nie rozpaść na kawałki. Nawet Jezus, zawieszony między niebem a ziemią, zawołał: „Boże mój, czemuś mnie opuścił?”. A jeśli On mógł mieć moment zwątpienia, to może i mnie wolno. Wiara to nie linia prosta, tylko sinusoidy. To rozmowa, nie deklaracja. „Wątpię, więc jestem” - pisał Cioran, a Rilke dodawał: „Niech wszystko się dzieje z tobą - piękno i lęk. Trzeba się dać ponieść życiu.” I może na tym właśnie polega wiara - nie na posiadaniu odpowiedzi, ale na gotowości do ich poszukiwania. Nawet jeśli przez lata idziesz przez pustynię i wszystko, co słyszysz, to echo własnego wołania. Bywały lata, gdy modlitwa była jak pocztówka bez znaczka - wracała do mnie nierozpoznana. A jednak coś mnie zatrzymywało, coś cichutkiego, jak ślad stopy na piasku - nie dowód, ale trop. Może to była pamięć o tej dłoni z dzieciństwa. Może głód sensu, którego nic innego nie potrafiło nasycić. A może Bóg rzeczywiście był - nie jako spełniacz życzeń, ale jako Ktoś, kto zna moje imię, zanim jeszcze ja sam je wypowiem. Bo Jego imię to… JESTEM. Nie wierzę w Boga sukcesu. Wierzę w Boga, który płacze razem z nami. Który siada przy kuchennym stole i słucha naszych wątpliwości bez moralizowania. W Boga, który nie zawsze mówi, ale zawsze jest. Takiego Boga poznaje się nie na szczycie, ale w dolinie. Nie w chwilach triumfu, ale w miejscach, gdzie wszystko się rozpadło. I kiedy dziś myślę o wierze, nie wyobrażam sobie już katedry, lecz zwykły pokój, poranną kawę z ukochaną i Jego ciche: - jestem. Wierzę, bo wciąż potrafię zadać pytanie. Bo nie przestałem tęsknić. A wątpię - bo jestem człowiekiem. I być może właśnie dzięki temu jestem blisko Boga, który zna wszystkie pytania, zanim się pojawią, ale wciąż czeka, aż odważę się je zadać i… żyć… - najlepiej, jak potrafię.