Od zarania dziejów, czyli mniej więcej od momentu, kiedy pierwszy człowiek zaprosił drugiego człowieka na wspólną konsumpcję ogona dinozaura i nie uciekł przy pierwszym beknieciu, ludzkość utrzymuje, że poznanie rodzi miłość. Romantycy, filozofowie, autorzy wczesnych poradników typu „Zbuduj relację w 3 epokach lodowcowych lub szybciej”, wszyscy, jak jeden łańcuch DNA, głoszą, że im więcej o kimś wiesz, tym bardziej go kochasz. I dobrze, że głoszą. Niestety, z moich prywatnych obserwacji bywało, że im więcej wiedziałem, tym bardziej chciałem uciec (i kiedyś tak zrobiłem!). Nie w metaforyczny sposób - nie „och, schronię się w poezji” - tylko autentycznie, przez okno łazienki, z kubkiem herbaty w ręce i szczoteczką w kieszeni. Pozwólcie, że zilustruję: Na początku znasz tylko głos. Piękny, miękki, jakby ktoś opowiadał ci bajkę z delikatnym filtrem z Instagrama. Potem poznajesz, że chrapie jak wilk w dymie, a rano mówi „w sumie to nie lubię śniadań” i je parówkę z serkiem topionym, patrząc ci głęboko w duszę. Poznajesz poglądy. Na początku: „warto być dobrym.” Potem: „chyba że chodzi o sąsiada z góry - jemu bym spaliła dywan.” Poznajesz jego matkę. Poznajesz jego ulubiony kubek. Poznajesz go z gorączką, bez cierpliwości i z pasją do wyciskania pasty od środka. I zadajesz sobie pytanie: - czy aby na pewno to poznanie miało prowadzić do miłości, a nie do listy kontrolnej dla psychiatry? I tu, mój drogi czytelniku, zaczyna się cała zabawa: - bo prawda jest taka, że poznanie wcale nie musi rodzić miłości. Może rodzić ból, zawód, niewygodę, dyskomfort, a w cięższych przypadkach - wspólne konto na Netfliksie. Ale! To nie koniec. To dopiero początek prawdziwej historii. Bo miłość zbudowana na idealnym obrazie - tym z filtra, świec i wspólnych uśmiechów do aparatu - ma w sobie urok woskowego owocu. Ładna, ale gryźć się nie da. Tymczasem miłość, która zna człowieka w szlafroku i dniu bez entuzjazmu, jest jak herbata po drugim zaparzeniu - słabsza, ale dziwnie kojąca. Możemy się śmiać z tego, że poznanie boli. Ale jeśli po tym poznaniu nadal chcesz komuś parzyć herbatę - nawet jeśli wiesz, że wypije zimną i zostawi fusy w zlewie - to, proszę ja ciebie, to właśnie jest miłość. Nie ta, co nie zna. Ta, co zna i mimo wszystko mówi: „zostaję”. Zatem, jeśli dziś jesteś rozczarowany kimś, kogo właśnie naprawdę poznałeś - nie wyrzucaj go od razu z serca. Może wystarczy wywietrzyć. Albo wprowadzić zasadę: nie mów mi rano nic przed kawą. Nawet „kocham”. Z filiżanką szaleństwa i rozsądku, i kostką cukru współczucia,